[Recenzja] Orbitals

A co gdyby na wieczór lub dwa zamienić się miejscami z bohaterami anime? Właśnie takie doznania, czekają w Orbitals!

Dał nam przykład josef, jak gry robić mamy!

Gry wideo już od samego początku chciały przyciągać uwagę więcej niż jednego gracza przed ekran. Nie ma się więc, co dziwić, że czasami tylko towarzystwo wystarczy, aby w coś się dobrze bawić. O ile dosyć łatwo jest taki koncept w momencie prostych schematów, gdzie gracze stają naprzeciw siebie. Tak jeszcze kilka lat temu, było ciężko, jeśli ktoś liczył, na wspólną „głębszą” przygodę. Powiedzmy, że jednak mamy to szczęście i niejaki Josef Fares postanowił to zmienić. Co prawda na początku sam pomagał przy stworzeniu Brothers: A Tale of Two Sons, ale później zainspirowany udziałem we wcześniej wspomnianej grze, stworzył Hazelight i już poszło lawinowo. Najpierw sukces odniosło A Way Out (przydałby się port na NS2!), a potem It Takes Two i SPLIT FICTION. Po drodze mieliśmy jeszcze kilka innych tytułów np. Unravel Two, a teraz docieramy do Orbitals od Shapefarm. Jak wypada nowa ekskluzywna opowieść w stylu anime dla dwóch graczy? Przeczytacie w poniższej recenzji!

Wolicie grać babką z niebieskimi włosami, czy chłopkiem z niebieską skórą? W Orbitals macie wybór!

O dwóch takich co przelecieli przez księżyc

Czym więc tak naprawdę jest Orbitals? Jest to kooperacyjna gra wideo z trzeciej osoby, której główną cechą jest asymetryczna rozgrywka. Oznacza to, że o ile gracze mają wspólny cel, to w trakcie zabawy będą musieli wykonywać inne czynności. Jeśli graliście w gry, które wymieniłem we wstępie, to jesteście w domu, a jeśli to będzie wasz pierwszy kontakt, to nie musicie się niczym martwić! Zaraz wam wszystko wytłumaczę.

Gracze wcielają się w dwójkę bohaterów: Maki i Omurę. Żyją oni sobie spokojnie na stacji kosmicznej, aż w ich okolicę dociera niebezpieczna kosmiczna burza. Żywioł uszkadza ich miejsce zamieszkania i wspólnie z resztą społeczności (załogi?), wyruszają na eksplorację przestrzeni kosmicznej, w której po burzy zapodziała się technologia, odpowiedzialna za utrzymanie ich przy życiu w przyszłości. Z błogosławieństwem babci Kinakoko i pod przewodnictwem Togena ruszamy na misję na pokładzie naszego statku!

Mogłoby być więcej etapów dwuwymiarowych 🙁

Ja dzwonię, Ty mówisz!

W grze rozgrywka podzielona jest w gruncie rzeczy na dwie części. W pierwszej wspólnie pilotujemy naszym statkiem kosmicznym. Przemieszczamy się pomiędzy wszelakimi ciałami niebieskimi, gdzie jedna osoba odpowiada ze sterowanie maszyną, a druga strzela z działa maszynowego. Więc klasycznie, jeden gracz, stara się w nic nie wlecieć, a drugi stara się wszystko rozstrzelać.

Oczywiście nie samym lataniem po pustce będziemy żyć i co chwila ze statku będziemy wysiadać. Będzie co robić zarówno poza, jak i na naszym kosmicznym okręcie. Sam pojazd pełni funkcję huba. Na jego pokładzie przygotujemy się do nadchodzącej misji, czy oddamy się innym aktywnością, które nie są zbyt ambitne i nie wciągną nas na długi czas, ale są i na kilka minut mogą nas odciągnąć od głównej osi rozgrywki.

Niestety podróż statkiem, to taki prosty zapychacz, który niewielkim nakładem pracy, wydłuża rozgrywkę o jakąś godzinę. Na pewno można było ten element lepiej dopracować, ale „jest jak jest”. Bardzo mi się podobała walka z bossem w statku oraz moment, w którym gra zmieniła perspektywę i mogliśmy się poczuć niczym w bullet hellu/twin stick shooterze. Zabrakło też jakiejś dowolnej eksploracji, a przecież o tym się marzy, kiedy się wsiada za ster kosmicznego promu.

Po rakiecie, za mamusie i tatusia!

Ja biorę linkę, a Ty odkurzacz

Dużo ciekawiej wypada główne danie, czyli wszystko to, co się dzieje poza statkiem. Dziwnie by było, jakby to wyglądało inaczej, ale do konkretów. Gdy akcja w końcu przeniesiona zostanie na plecy bohaterów, to wtedy zaczyna się zabawa. W grze odblokujemy cztery przedmioty, które będą decydować o tym, jaką zdolność będziemy mogli wykorzystywać. Nie zdarzy się jednak tak, abyśmy ruszyli w ciemno nieodpowiednio ubrani. Gra zawsze pilnuje nas, abyśmy zawsze byli gotowi na to, co dla nas przygotowali twórcy.

Raz będziemy wszystko łapać, innym razem będziemy wszystko chłodzić, a jeszcze innym podgrzewać. W tę grę można grać tylko we dwie osoby, więc wszystko jest stworzone w taki sposób, abyśmy ze sobą współpracowali. Nie trafimy na taki moment, w którym jeden z bohaterów wyskoczy daleko hen do przodu, ponieważ, co chwilę gra checkpointuje nas „niewidzialnymi ścianami”. Poza głównymi urządzeniami trafimy również na takie kontekstowe jak np. plecaki odrzutowe, które będziemy mogli wykorzystać tylko w określonym momencie.

Wszystko tak naprawdę suplementuje się tutaj samo. Niestety. Dla mnie i dla kolegi, z którym grałem (pozdro Miltek), gra nie była żadnym wyzwaniem. 99 na 100 zagadek padało naszym łupem już przy pierwszym podejściu. Wszystko jest tutaj takie oczywiste, że poradzi sobie z tym każdy gracz. W pewnych sytuacjach twórcy starali się wywrócić trochę rozgrywkę, np. przekształcając ją w dwuwymiarową platformówkę. Szkoda, że takich momentów jednak nie było zbyt wiele. Gra jest krótka. Nam zajęła lekko ponad 5 godzin, ergo każdy powinien przy niej spędzić maksymalnie 2-3 wieczory. Ogółem rozgrywka jest tylko poprawna i jednak po tylu świetnych przykładach w innych produkcjach można było się spodziewać czegoś więcej. Niestety cała para poszła chyba w przeniesienie klimatu audiowizualnego z animacji rodem z lat 80.

Ja odpalam, ty przypalasz, a nie to piosenka bambi…

Niczym plastik na ekranie

A ten klimat wylewa się z każdej strony… gra wygląda i brzmi fenomenalnie! Jako dziecko lat 90. w pamięci w mojej głowie, nadal mam to, co leciało wtedy w telewizji. Generał Daimos, Yattaman, Gigi i wiele innych. Jeden rzut oka i poczułem się jak w czasach kiedy byłem małym szkrabem. Twórcy tak mocno chcieli odwołać się do tamtych czasów, że zastosowali szereg zabiegów, wykorzystywanych do produkcji anime.

Ograniczenie ilości klatek animacji nawet do 6 (we wstawkach wideo), różne filtry – no pewnie, gdyby się dało, to by i narzucono atrament na celuloid. Ale nie tylko wizualnie dopieszczono Orbitals, również ścieżka dźwiękowa jest bajkowa. W grze jest dostępny dubbing Angielski i Japoński i tego drugiego używałem. Brzmi on świetnie, a ścieżka dźwiękowa stworzona przez ludzi odpowiedzialnych za motywy muzyczne z okresu czasowego, na którym się wzorowano, tylko dopieszczają całość. W grze znajdziemy polskie napisy, więc nawet najmłodsi powinni móc w pełni cieszyć się zabawą w tego co-opa.

Na sam koniec przypomnę, że w Orbitals można zagrać tylko we dwoje graczy! Nie da się zagrać samemu, nawet przez sieć! Na szczęście, aby zagrać we dwoje, nie trzeba nabywać dwóch kopii gry. Gdy jedna osoba posiada grę, to może zagrać ze znajomym na 3 sposoby – przez sieć, grając na jednej konsoli, lub za pomocą gameshare. Do gry przez internet musimy sobie ściągnąć darmową wersję z eShopu, które jest również demem gry!

Chcesz coś z Avonu?
WARTO ZAGRAĆ
DeveloperShapefarm
WydawcaKeplar Interactive
Cena160 zł
Język polskiTak
WydaniePełna gra na karcie

Podsumowanie

Orbitals to świetna gra, dla młodszych graczy! Jeśli macie dwójkę dzieci, to jest to dla nich idealny prezent, na 2-4 wieczory. Jeśli jesteście jednak starsi, to ta pozycja poza nostalgiczną dawką może być dla was mniej ciekawa, niż obecnie dostępne tytuły z tej samej kategorii. Mimo wszystko polecam wszystkim, którzy mają chociaż jednego znajomego. Ja bawiłem się bardzo dobrze, nawet mimo tego, że było w miarę prosto i nie trwało za długo.

Plusy

  • Wygląd
  • Brzmienie
  • Klimat
  • Przystępność
  • Polska lokalizacja (Napisy)
  • Jedna kopia do wspólnej gry

Minusy

  • Poziom trudności
  • Długość rozgrywki
  • Fabuła
Kod otrzymany od: Conquest Entertainment
Jak oceniamy →

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *