Nie będę ukrywał, to, co napisałem w zajawce, było pierwszym skojarzeniem, jakie przyszło mi do głowy, gdy zobaczyłem pierwsze materiały z gry. Ale czy to tylko tania podróbka Starfoxa i próba uszczknięcia odrobiny jego sławy?
Jak to mawiał pewien klasyk… Sprawdźmy to!

Nie jest to pierwsza odsłona serii
Z pewnym zaskoczeniem przyjąłem informację, że nie jest to pierwsza gra z serii. Pierwsze Fur Squadron zostało wydane w 2023 roku, a Fur Squadron Phoenix jest jego drugą częścią.
Fabuła nie jest specjalnie głęboka ani pokręcona. Jako Robin, pilot kosmicznego myśliwca, wraz z ekipą towarzyszy wpadamy w zasadzkę, w wyniku której cała nasza drużyna zostaje pokonana. Kilka tygodni później zostajemy oddelegowani do tytułowego Fur Squadron, aby odbyć szkolenie i podnieść swoje umiejętności. No i finalnie nakopać głównemu złemu. Proste? Tak. Mało odkrywcze? Tak. Wystarczające? W zupełności.

Starfox na szynach?
Fur Squadron Phoenix to gra akcji, którą doskonale opisuje stwierdzenie, że jest to strzelanka na szynach. Lecimy naszym statkiem przed siebie i strzelamy do wszystkiego, co nawinie się nam pod celownik, jednocześnie unikając przeszkód i ataków ze strony wrogów.
W naszym arsenale mamy do dyspozycji strzał z laserów, strzał ładowany oraz ataki specjalne. Dodatkowo możemy wykonać barrel roll, który pozwala unikać ataków i daje nam chwilę niewrażliwości. Przyznacie sami, że arsenał jest prawie jak ze Starfoxa?
Grafika, do której trzeba się przyzwyczaić
Nie będę ukrywał, że w pierwszej chwili gra wydała mi się okropnie brzydka. Chwilę wcześniej ogrywałem Starfoxa, który wyglądał naprawdę ładnie. Tutaj dostałem trójkąty. Prawie jak w pierwszych grach 3D, gdzie wszystko było strasznie kanciaste.
Paleta kolorów wydawała mi się dość uboga i dobrana na tyle dziwnie, że chwilami ciężko było rozróżnić, co właściwie jest czym.
I wiem, że niektórzy mogą mi teraz zarzucić, że czepiam się grafiki, skoro od prawie zawsze powtarzałem, że to właśnie nie grafika jest najważniejsza i zwykle mało zwracam na nią uwagę. Wiem, pamiętam.
Po prostu tutaj oprawa graficzna była czymś, do czego naprawdę ciężko było mi się przyzwyczaić. Co więcej, chwilami stawała się zwyczajnie nieczytelna, szczególnie gdy na ekranie zaczynało się dużo dziać.
Odnośnie audio jest lepiej. Na ekranie tytułowym wita nas podchodząca w podniosłą muzykę. Na panelu ulepszeń jest ona inna, dużo cichsza i spokojniejsza, po to tylko aby na ekranie wyboru misji znów zaatakować nas motywem z ekranu tytułowego.
W trakcie misji też zazwyczaj nam coś przygrywa. W trakcie lotu nieco spokojniejsze motywy, dostające trochę więcej pazura podczas potyczki z bossem. Niestety większość tej ścieżki audio jest ustawicznie zagłuszana poprzez odgłosy strzelania z laserów i wszelkiego rodzaju wybuchy.
Postacie nie są całkiem nieme. Podczas scenek pomiędzy misjami, a nawet w trakcie samych misji, mówią do nas swoim „bełkocikiem”, czymś podobnym do tego jak mówią postacie z Animal Crossing. Momentami brzmi to nieco zabawnie, a czasami trochę irytuje, np. jak podczas walki z bossem w kółko słyszymy tą samą radę, że ten boss jest wrażliwy na specyficzny rodzaj ataków specjalnych i może powinniśmy ich spróbować.

Jest lepiej, niż mogłoby się wydawać
No dobrze, ale czy to jest brzydka i kiepska gra? No nie do końca.
Owszem, oprawa graficzna nie przypadła mi specjalnie do gustu, ale ogółem grało mi się całkiem przyjemnie. Cała historia została podzielona na kilka misji.
Wynik, jaki osiągniemy w danej misji, jest następnie przeliczany na punkty, które możemy przeznaczyć na wykupienie ulepszeń dla naszego statku. Możemy poprawić między innymi tarcze, zapewniające więcej punktów życia podczas misji, zwiększyć siłę uzbrojenia i zadawane obrażenia czy poprawić parametry broni specjalnych, na przykład zwiększając ich zasięg.

Misje potrafią zaskoczyć
Same misje są różnorodne. Czasem będziemy działać w kosmosie pomiędzy asteroidami i statkami kosmicznymi, innym razem polecimy tuż nad powierzchnią planety, by następnym razem zanurkować w oceanie albo przemierzać sieć tuneli i jaskiń.
Czasem pojawi się też któryś z naszych towarzyszy i będzie miał dla nas małe wyzwanie. A to przelecenie przez pierścienie, a to zdjęcie wroga z jego ogona, a to zniszczenie konkretnych celów.
Co ciekawe, plansze nie są całkowicie liniowe. Czasem pojawiają się niepozorne wybory, pozwalające wybrać prawą lub lewą odnogę drogi albo polecieć górą czy dołem.
Jasne, nie jest to poziom Starfoxa, w którym skręcenie w odpowiednią stronę może skierować nas na zupełnie inną trasę i zakończyć się walką z innym bossem, ale jest to pewnego rodzaju miłe urozmaicenie.
Bossowie dają trochę więcej frajdy
Na końcu każdej misji czeka nas potyczka z bossem, choć po drodze również możemy natrafić na kilku pomniejszych przeciwników tego typu.
I o ile zwykli wrogowie są dość standardowi i powtarzalni, tak prawie każdy z wymagających przeciwników jest w jakiś sposób wyjątkowy.
Bossowie mają na siebie pomysły. Każdy z nich jest inny i każdy posiada własny wzór ataków. Nie są one może przesadnie skomplikowane czy rozbudowane, ale przynajmniej dość czytelnie je zapowiadają.
Ataki obszarowe, obejmujące konkretną część ekranu, są dodatkowo oznaczane, dzięki czemu mamy chwilę na reakcję.

No dobra, ale czy sama gra się broni?
W moim odczuciu tak. Nie jest to pozycja, którą pewnie będę pamiętał przez długi czas, ale muszę jej uczciwie przyznać, że trochę się wkręciłem.
Powtarzanie plansz, aby wykręcić lepszy wynik potrzebny do odblokowania nowych, kosmetycznych skórek dla naszego statku, oraz zbieranie punktów ulepszeń do rozwijania pojazdu, aby mieć większe szanse na kolejnych poziomach, wciągnęły mnie zaskakująco mocno.
Jasne, graficznie gra bardzo mi nie siadła, a początek był pod tym względem dość bolesny, ale nie jest to coś, czego nie da się przeżyć.
Cóż… Dla mnie to taka gra środka. Pograłem, bawiłem się chwilami nawet całkiem nieźle, szczególnie gdy już przyzwyczaiłem się do tego, jak wygląda.
Czy zapamiętam ją na długo? Obawiam się, że nie.
Czy kupiłbym ją ponownie albo sięgnął po kolejną część? Nie mam bladego pojęcia.
Zapytajcie mnie, jak wyjdzie część trzecia.
Podsumowanie
Fur Squadron Phoenix to dla mnie gra ze środka stawki. Nie jest koszmarnie zła lub niegrywalna ale nie ma w sobie też niczego co sprawiło by, że zapamiętałbym ją na dłużej. Skojarzenia ze Starfoxem to dla tej gry błogosławieństwo i przekleństwo jednocześnie. Widać inspiracje zarówno wspomnianym tytułem jak i stylistyką lak 90. Niestety też nie jest przez to w stanie uciec od prób porównywania, z których nie zawsze wychodzi zwycięsko. W regularnej cenie wynoszącej 80zł oferuje tylko ok trzech godzin rozrywki może być też trudna do przełknięcia dla tych, który lubią po prostu grać w gry, nie wyciskając z nich absolutnie wszystkiego. Z drugiej strony jeśli Starfox, którego da się "przejść" w ok godzinę był dla was za drogi, a lubicie strzelanki na szynach, to może warto spróbować?
Plusy
- - ulepszenia
- - możliwość swobodnego powtarzania plansz
- - akcja i rozwałka potrafi wciągnąć.
Minusy
- - no brzydka... grafika może być ciężka do przełknięcia
- - dość krótka: idzie ją ukończyć w 2-3 godziny
- - cena
- jeśli weźmiemy pod uwagę długość gry.
