Poszukiwacze zaginionej Barki
Splendor, sława, rzesze fanów i natłok pracy. Codzienne zmagania idoli z zespołu Deep Cut są tylko działalnością poboczną. Ich prawdziwa miłość to poszukiwanie skarbów i zaczynamy grę właśnie podczas gonitwy za plotką związaną z błyskotką. Tajemniczy archipelag wysp Spiralitu wita nas nie tylko obietnicą bogactwa, ale także tajemniczym złotym światłem, a zawirowanie pogodowe, jakie ono wywołało, sprawia, że szybko i tragicznie w skutkach rozbijamy się na jednej z wysp. Miesiąc później, kiedy mamy już bazę wypadową i wypada przestać się byczyć, ruszamy na zwiad. A konkretniej rusza na niego Mechanik, którym to przyjdzie nam pokierować.
Cast-Away, poza Splatem
Dosyć szybko znajdujemy tajemniczą maszynę-pojazd reagującą na skarby oraz tubylców. Okazuje się, że archipelag jest zamieszkały przez wszelkiej maści Salmonidów, żądnych naszej tuszowej krwi. Na nieszczęście naszego protagonisty znajdujemy też skarb zawierający wartościową relikwię, a to oznacza, że plotki okazały się prawdą i zostaniemy tutaj na dłużej. Wyruszając z naszego statku matki, będziemy rzucać wyzwania – w pewnej mierze – bazujące w swoich założeniach na trybie Salmon Run z numerowanych części serii. Tutaj warto nadmienić, że Splatoon Raiders jest odsłoną spin-offową, stawiającą głównie na rozgrywkę solo.
Ocean Skarbów
Niezależnie od tego, czy w danym poziomie trzeba znaleźć skrzynię skarbów, naładować energię wiertła do wykucia skarbów z wielkiego kryształu czy zabić przeciwników na czas, wszystko kręci się wokół eksterminacji zarówno dobrze znanych, jak i zupełnie nowych gatunków łososiowych. Każda aktywność w pewien sposób rozwija naszą postać, a doskonalimy się na kilku płaszczyznach. Nie tylko zbieramy doświadczenie podczas pokonywania przeciwników, lecz także – niczym w serii Monster Hunter – zbieramy materiały do rozbudowy bazy. Praktycznie wszystko to jesteśmy zmuszeni robić sami, choć jednak nie do końca.
Czasem człowieka sushi, inaczej się udushi
Na każdą z misji możemy zabrać jednego z członków Deep Cut jako pilota bota pomocniczego, który oferuje potrzebne do rozłupywania kryształów wiertło. Służy nam także jako trampolina, a po naładowaniu pozwala użyć specjalnego ataku Shiver, Frye czy Big Mana. Oprócz tego trochę na siłę, ale jednak mamy opcję zrobienia poziomu z losowymi graczami, prosząc o (lub oferując swoją) „pomoc”. Pomagając innym, możemy nawet liczyć na dodatkową skrzynkę z lootem po pomyślnym zakończeniu raidu. Na wyjątkowo oddanych rozgrywce sieciowej czeka też opcja założenia lobby, nawet do 4 graczy, z możliwością wybrania poziomu itd. Ot, typowe podejście znane z innych „hunting gier”, jak wspomniany wcześniej Monster Hunter. Warto mieć jednak na uwadze, że w przypadku porażki w trybie multiplayer nie wynosimy z poziomu żadnego ze znalezionych przedmiotów.
Razem, solo, z werwą, z Ikrą
Niezależnie od tego, czy gramy solo, czy jednak z kimś, wszystko kręci się wokół skarbów. Znajdujemy różne coraz to mocniejsze bronie, które możemy ulepszyć w bazie u Frye. Shiver pomaga nam w konstrukcji i customizacji gadżetów, które w tej części przejęły miejsce znanych z poprzednich gier broni pobocznych. Big Man prowadzi zaś „archiwum”, gdzie możemy przeglądać wcześniej zdobyte w poziomach zwoje z dodatkowym lore, informacje o salmonidach czy inne checklisty na potrzeby „scalakowania gry”.
Ain’t no rest for the Inked
Technicznie nie ma się do czego przyczepić – moc konsoli została wykorzystana, by zadbać o płynność rozgrywki w każdym, nawet najbardziej chaotycznym momencie, a nawet jeśli gdzieś są jakieś spadki, to ich nie zauważyłem. Pod względem dizajnowym można mieć lekkie wątpliwości. Splatoon Raiders nie grzeszy liczbą biomów. Ot, tropikalna wyspa, śnieżna wyspa, wulkaniczna wyspa. Ja wiem, że jesteśmy na archipelagu, ale myślę, że dało się to zrobić troszkę ciekawiej.
Pławić się w bogactwie
Z drugiej strony nie można się przyczepić warstwy artystycznej w kwestii przerywników fabularnych. Pomiędzy tą grą, ostatnim Star Foxem czy elementami w Donkey Kong Bananza dostrzegam pewien trend i tak zwane napracowanko. Ktoś gdzieś ma tam ambicje na pewną filmowość i wyższy poziom. Soundtrack z kolei będzie kwestią dyskusyjną. Osobiście odbieram go równie przyjemnie co wszystkie poprzednie, ale tematyka odcięcia od cywilizacji w połączeniu z nutą salmonidową może nie każdemu przypaść do gustu. Dodatkowo nie mamy tutaj żadnego trybu Turf War i kojarzonych z nim utworów śpiewanych. Jeżeli mamy porównać to do ścieżek dźwiękowych numerowanych odsłon Splatoona, to zdecydowanie inspiracji należy szukać w abstrakcyjnym plumkaniu z trybu kampanii.
INKonkluzje
A czy warto… ? Tak. Mimo wszystko i mimo pewnych niedociągnięć Splatoon Raiders jest bardzo wciągającą i satysfakcjonującą grą. Syndrom „jeszcze jednego poziomu” potrafi przywiązać człowieka do konsoli na tyle dobrze, że budzi go dopiero komunikat o niskim stanie baterii. Znakomicie odnajdą się tutaj gracze lubiący się zmęczyć, zwłaszcza w wyzwaniach po napisach końcowych, gdzie nie ma taryfy ulgowej. Ci mniej odporni na stres, dzięki niższym poziomom trudności, też odnajdą satysfakcję. Polecam i mam nadzieję na więcej.

Grę do recenzji dostarczył ConQuest Entertainment, Oficjalny Dystrybutor Nintendo w Polsce
Eksperyment ze Splatoonem dla jednego gracza jest bardzo udany i rozbudza nadzieje nie tylko na inne spin-offy, ale też na to, ile z dobrych zmian uda się przemycić do kolejne numerowanej odsłony. Nawet połowa tych rozwiązań podniesie walki online na zupełnie nowy poziom i w tej kwestii myślę, że można traktować Raidersów jako swego rodzaju trening, przedsmak tego, co czeka nas już za rok, może dwa.
Plusy:
- Satysfakcjonująca rozgrywka
- "dopracowanie" fabularne
Minusy:
- Powtarzalność
- soundtrack wg. części graczy










Postarali się. Byłem sceptyczny do Splatoona w takiej formule, ale wyszło bardzo fajnie.