Zapowiedź nowej gry z Yoshim w roli głównej to u mnie zawsze pewnego rodzaju powód do uśmiechu. Czy to Yoshi’s Woolly World, czy to Yoshi’s Crafted World sprawiły, że spędziłem z konsolą naprawdę sporo czasu, świetnie się bawiąc przy szukaniu kolejnych poukrywanych wszędzie sekretów i znajdziek. Teraz do moich rąk trafiła kolejne odsłona z wszystkożernym dinozaurem. Yoshi and the Mysterious Book, bo to o tej pozycji mowa, ukazało się wyłącznie na konsolę Nintendo Switch 2. A czy jest to pozycja, którą warto się zainteresować? Cóż… mam nadzieję, że znajdziecie odpowiedź na to pytanie w poniższej recenzji.
Ci z was, którzy choć trochę kojarzą przywołane przeze mnie wcześniejsze dwa tytuły z Yoshim w roli głównej, doskonale wiedzą, jaki to był rodzaj gier. Wesołe, kolorowe, dość proste do ukończenia, dzięki czemu były bardzo przystępne dla najmłodszych, a jednocześnie zawierające wiele rzeczy do zebrania i odkrycia, tak by bardziej doświadczeni gracze mieli co w nich robić i się nie nudzili.

Yoshi and the Mysterious Book w znacznym stopniu zrywa z tym podejściem. Oczywiście, nadal mamy tu jakieś elementy zręcznościowe, ale główny ciężar został przeniesiony na zupełnie inną płaszczyznę. Obecnie praktycznie cały nacisk w rozgrywce został położony na interakcje. Zamiast klasycznych plansz, które trzeba przejść od startu do mety, zostajemy przeniesieni do małego biomu. Naszym głównym zadaniem jest wchodzenie w różnego rodzaju interakcje z napotkanymi stworkami, aby odkrywać, co potrafią, jak reagują i co można z nimi zrobić.
Naszym celem w każdym z tych miniświatów jest dokonanie „dużego odkrycia”. Wykonanie go jest niezbędne, by dany biom został uznany za „zaliczony”. Co prawda planszę można opuścić w dowolnym momencie bez utraty postępu, a nowe odkrycia i tak zostaną dodane do stron encyklopedii, ale bez „dużego” odkrycia nasz stworek pozostanie anonimowy.
Dostęp do kolejnych światów, czy też może bardziej rozdziałów, uzyskujemy dzięki zebranym gwiazdkom. Gwiazdki zaś dostajemy za dokonywanie odkryć. Nie jest to jednak żadna przeszkoda, bo koszty odkrywania kolejnych światów są niewielkie i nawet praktycznie „speedrunując” każdy z biomów, uzbieramy ich na tyle dużo, że powinno nam wystarczyć. A jakby nam ich brakowało, to zawsze możemy wrócić do zaliczonych już biomów i spróbować dokonać paru nowych odkryć. Na planszach poukrywane są też kwiatki, znane z wcześniejszych odsłon serii, jednak przez dłuższy czas nie będą nam one do niczego przydatne.

Graficznie jest bardzo dobrze. Plansze potraktowane są charakterystycznym filtrem, dzięki któremu wyglądają jak rysowane strony encyklopedii. Gdy zbliżamy się do krawędzi etapu, wygląda to tak, jakbyśmy dochodzili do krawędzi kartki. Jest ładnie, jest płynnie, naprawdę nie mam się do czego doczepić. Unreal Engine, o który oparta jest gra, daje sobie tutaj naprawdę nieźle radę.
Natomiast jeśli idzie o audio, to mam pustkę w głowie. Chociaż niedawno odłożyłem konsolę, to nie pamiętam żadnego motywu muzycznego. Nie znaczy to, że nie ma tu żadnych motywów muzycznych, bo są (sprawdziłem przed chwilą raz jeszcze), ale w moim odczuciu bardzo szybko wietrzeją z głowy. Jedyne, co mi zostało na dłużej w głowie, to dźwięk odnotowania odkrycia na stronie. Czy to źle, że ścieżka dźwiękowa jest tak neutralna? Nie wiem.

Na trochę dłużej chciałbym się za to zatrzymać na samej istocie rozgrywki. Jak już wspomniałem wcześniej, gra stawia na interakcję: odkrywanie właściwości kolejnych spotykanych stworków, sprawdzanie, jak oddziaływają na środowisko, w jakie interakcje można z nimi wejść oraz jakie interakcje mogą mieć pomiędzy sobą i z innymi gatunkami. W badaniu tego wszystkiego pomaga nam standardowy wachlarz ruchów naszego żarłoczka. Mieszkańców biomów możemy próbować zjeść (co czasem da nam jajo, którym można rzucić, a czasem coś innego). Możemy też spróbować na nich wskoczyć, wbić w ziemię, spróbować rzucić w nich jajkiem i tak dalej.
W Yoshi and the Mysterious Book nasz dinozaur dostał jeden dodatkowy ruch. Gdy machamy ogonem, możemy wrzucić sobie na plecy pobliski przedmiot albo stworka. I wtedy zaczyna się nowy etap odkrywania, bo zależnie od tego, kogo wieziemy na grzbiecie, wokół nas mogą dziać się różne rzeczy. Przykłady? Wioząc na plecach kwiatek, możemy sprawiać, że wszystkie mijane pąki będą rozkwitać; żaba na naszym grzbiecie będzie produkować bańki, do których możemy wskoczyć, aby spróbować dostać się do początkowo nieosiągalnych miejsc; jeszcze inny stworek podczas przenoszenia zamieni się w swojego rodzaju wodny jet pack. Autorzy wykombinowali naprawdę wiele tego typu możliwości.
W tym wszystkim jest jednak jedna rzecz, na którą ja sam nadal szukam poniekąd odpowiedzi – do kogo kierowana jest ta gra?

Z jednej strony mamy bardzo przyjazne podejście do rozgrywki. Nie ma poganiającego nas licznika czasu, nie ma presji utraty wszystkich żyć, nie ma żadnego paska energii. Do tego możliwość swobodnego wchodzenia w interakcje ze środowiskiem i napotkanymi tam stworkami sugerowałaby, że jest to pozycja idealna dla najmłodszych (poza tym jest ładnie i kolorowo). Ogólny poziom trudności też nie jest przesadnie wygórowany, ale…
No właśnie, zawsze musi być jakieś „ale”, prawda? W przypadku nowego Yoshiego jest nim dla mnie to, że momentami gra robi się bardziej wymagająca. Ja sam parę razy zaciąłem się w kilku miejscach, bo nie wiedziałem, czego gra ode mnie oczekuje, jakiego odkrycia powinienem dokonać czy też w którą stronę się skierować. Ktoś pewnie powie „super, w końcu jakieś wyzwanie”. Tak, tylko jeśli patrzeć na Yoshiego jako grę dla najmłodszych, to takie wyzwanie może ich skutecznie zniechęcić do dalszej zabawy.
„No ok, to będzie wyzwanie dla starszych graczy.” I tu też ciężko się zgodzić. Nie ma tego na tyle dużo, by osoby lepiej zapoznane z różnego rodzaju grami poczuły jakiś większy poziom wyzwania. Poza tym pewnie ze dwa razy zdążą usnąć i się znudzić, zanim trafią na trudniejszy fragment, bo ogółem gra jest naprawdę prosta i praktycznie sama prędzej czy później prawie zawsze podsunie nam pod nos „duże odkrycie” niezbędne do zaliczenia planszy.

W moim odczuciu dla starszych graczy nowy Yoshi jest po prostu za łatwy, chyba że ktoś złapie bakcyla odkrywania wszystkich możliwości. Młodsi i niedoświadczeni gracze w paru miejscach mogą trafić na ścianę, która skutecznie popsuje im zabawę. No i oczywiście – zakładam, że przynajmniej na razie – nie ma języka polskiego, więc trzeba choć w jakimś stopniu posługiwać się językiem obcym. Chyba że to tylko ja jestem już za stary i nie doceniam możliwości młodszych graczy i jest to pozycja skrojona idealnie pod nich.
No i jest jeszcze kwestia długości samej gry i tego, co oferuje po tym, gdy zobaczymy już napisy końcowe. Przejście pierwszych sześciu rozdziałów zajmuje ok 6-7 godzin. Po ich ukończeniu zobaczymy napisy końcowe, małe podsumowanie fabuły, a „Pan E” udostępni nam kolejnych sześć rozdziałów. Ponadto dopiero po zobaczeniu napisów dowiemy się, po co są nam te wszystkie „Uśmiechnięte kwiatki”. Możemy je wymieniać na różnego rodzaju „exploration tools”, pomagające nam nawigować po planszach, wskazujące drogę do najbliższego owocu, niezebranego „uśmiechniętego kwiatka”, pokazujące ogólny procent zrealizowanych odkryć związanych z danym stworzeniem i tak dalej. Ogółem są całkiem pomocne w dalszym odkrywaniu tajemnic mieszkańców encyklopedii i próbie ukończenia wszystkiego na 100%.

Grę do recenzji dostarczył Conquest Entertainment.
Nie wiem, co myśleć o tej grze. Wydaje się być stworzona dla dzieci: jest ładna, kolorowa, nietrudna. To praktycznie sandbox podzielony na mniejsze kawałki i pozwalający eksperymentować, przy czym każdy kawałek ogranicza ilość elementów, jakimi możemy się bawić, abyśmy nie poczuli się przytłoczeni. Jednocześnie nie ma języka polskiego, co może być sporą przeszkodą dla wielu dzieciaków. Starsi gracze zaś, jeśli nie złapią bakcyla odkrywania i eksperymentowania, bardzo szybko mogą się znudzić, bo gra jest prosta – za wielu wyzwań tu nie ma. Więc nie wiem, naprawdę nie wiem, dla kogo to pozycja.
Plusy:
- nowy Yoshi
- nowa formuła nastawiona na interakcję i odkrywanie
- doskonała na krótkie sesje
- naprawdę sporo rzeczy do zbadania i odkrycia
Minusy:
- nowa formuła całkowicie odchodząca od poprzednich gier (trudno już to nazwać grą platformową)
- szczątkowa fabuła
- praktycznie nieistniejący poziom trudności
- bardzo krótka
- brak trybu kooperacji
- brak języka polskiego

