Trójwymiarowe odsłony przygód Mariana zawsze trzymały wysoki poziom. Gorzej było z odnogą związaną z płaskim wymiarem. Przez kilka lat dwuwymiarowe części popadły w stagnację i sprawiały wrażenie produkcji z taśmy, a nie czegoś tworzonego z sercem i pasją. Na szczęście parę lat temu (choć mózg płata mi figle i podpowiada, że to było raptem rok temu) dostaliśmy Super Mario Bros. Wonder, a w świecie 2D pan w niebieskich ogrodniczkach ponownie wskoczył na piedestał. Nintendo, znane z tego, że potrafi na różne sposoby wypełniać swoje przepastne kieszenie banknotami, wpadło na dość zaskakujący sposób monetyzacji kasowego tytułu. W Wonder zadebiutował nowy towarzysz Mariana w postaci gadającego kwiatka. Japończycy uznali, że to świetny pomysł na gadżet i z okazji 40. urodzin Mario wypuścili na rynek jego fizyczną wersję.
Niezła gaduła z niego
Talking Flower, czyli nasz swojski Gadatliwy Kwiatek (w końcu mamy Mario z językiem polskim!), wielkością przypomina nieco większe amiibo. Pod względem wyglądu prezentuje się bardzo dobrze, a jakość wykonania stoi na poziomie wcześniej wspomnianych „figurkowych tasiemców” od Big N. Malowanie jest bardzo ładne. Górna część jest żywa i jaskrawa, kontrastując z ciemniejszym dołem w postaci doniczki. Fajnym detalem jest chropowata struktura „ziemi”, która dobrze imituje prawdziwe wypełnienie doniczki. Mała rzecz, a cieszy. To właśnie w tym miejscu znajduje się przycisk, który służy do wybudzenia Talking Flower, aby uraczył nas jakimś „błyskotliwym tekstem”. Lub przełączenia go w jeden z trzech trybów, o których napiszę później.
Zanim Gadatliwy Kwiatek do nas przemówi, przy pierwszym uruchomieniu trzeba go skonfigurować. Dostępne opcje są jednak bardzo ubogie. Po odkręceniu doniczki znajdziemy mały panel elektroniczny, na którym możemy ustawić jeden z dziesięciu dostępnych języków (polskiego niestety brak), aktualną godzinę oraz godziny, w którym nasz gagatek będzie się odzywał. Dzięki tej ostatniej opcji nikt raczej nie dostanie zawału podczas nocnego podjadania o drugiej w nocy. Obok panelu znajduje się miejsce na dwa paluszki AA. Oczywiście takich rarytasów nie ma w zestawie i trzeba się w nie zaopatrzyć we własnym zakresie. I to w zasadzie wszystko. Dziwi mnie brak regulacji głośności – wydaje się, że to jeden z podstawowych parametrów wszelkich grających i gadających urządzeń.

A jak nasz bohater brzmi? Całkiem dobrze! Głos jest czysty i wyraźny, a wypowiadane w naszym kierunku kwestie są bardzo łatwe do zrozumienia. Nie jest to co prawda ten sam głos, który znamy z gry, ale najważniejsze, że nie jest irytujący. Gadatliwy Kwiatek odzywa się w ustawionych przez nas godzinach. Wita nas, żegna, podaje aktualną godzinę, a od czasu do czasu, w losowym momencie, rzuci kilkoma zdaniami w trakcie swojego „urzędowania”. Pula tekstów nie jest jednak zbyt duża, bo już pierwszego dnia użytkowania można natrafić na powtarzające się kwestie. Dobór sentencji bywa przy tym dość osobliwy, bo usłyszeć od kolorowej roślinki, że morze smakuje jak łzy, to dość dziwne doświadczenie. Talking Flower posiada też coś, co można nazwać easter eggami. Potrafi na przykład podać błędną godzinę albo odezwać się w innym języku niż aktualnie ustawiony. Przez dwa tygodnie użytkowania udało mi się jednak wyłapać tylko ten pierwszy przypadek.
Talk to me!
Wracając do wcześniej wspomnianych trybów – pierwszy z nich, czyli standardowy, oznacza normalne działanie kwiatka. Ot, gada sobie w ustalonych godzinach. Przytrzymując przez kilka sekund przycisk, możemy przejść do trybu wyciszenia, w którym nasz gagatek zamilknie na wieki. Kolejne przytrzymanie przycisku aktywuje tryb Wonder. Wtedy nasze uszy będą pieszczone jedną z melodii z Super Mario Bros. Wonder. I to byłoby na tyle atrakcji związanych z tym gadżetem.

Ogólnie Talking Flower jest wykonany porządnie, ale to typowy gadżet, który nie ma większego zastosowania, a co za tym idzie – sensu. Można kupić go pod wpływem impulsu, pobawić się przez chwilę, a potem odstawić na półkę, gdzie będzie czekał na zapomnienie i zbierał kurz. Choć dopóki się odzywa, pamięć o nim jakoś się utrzymuje. Szkoda, że nie ma dodatkowej funkcjonalności – choćby wsparcia dla amiibo albo jakiegoś czujnika obecności, dzięki któremu reagowałby na wejście do pokoju. A tak dostajemy absolutne minimum i rachunek na około 130 zł dla „biednej” korporacji. Te pieniądze z pewnością można lepiej spożytkować albo nawet zakopać w ogródku i liczyć na wyrośnięcie drzewka pieniędzy. Efekt będzie podobny do zakupu Talking Flower.
Gadatliwego Kwiatka otrzymaliśmy od Conquest Entertainment.









Ładne na zewnątrz, puste w środku. Jeśli lubicie przepalać pieniądze na takie gadżety, to będzie dla Was idealny wybór, w przeciwnym wypadku lepiej sobie odpuścić.
Plusy:
- wykonanie
- bawi przez parę chwil
Minusy:
- strata pieniędzy

