W ostatnich latach większość rzeczy, które wydaje Devolver Digital, orbituje wokół mojej przestrzeni zainteresowania. Ich produkcje są nietuzinkowe i zawsze oferują jakiś ciekawy patent, którego na próżno szukać w innych grach. Jedno z ich nowszych „dzieci” również wpisuje się w ten trend. Z pewnością nie raz zdarzało wam się w myślach symulować przebieg jakiegoś starcia – czy to sportowego, czy w grze wideo – zanim zabraliście się za rozegranie go w rzeczywistości. Podobna idea przyświecała też The Skeleton Crew (twórcy m.in. Olija) podczas prac nad rogalikowym Forestrike. Czy udało im się upiec dobrze wyrośnięte ciasto, czy jednak wyszedł z tego jeden wielki zakalec?
Bądź jak woda
W świecie Forestrike wcielamy się w Yu, młodego adepta sztuk walki aspirującego do miana mistrza. Należy do bractwa The Order, która nie jest zwyczajną organizacją. Jej członkowie posiedli niezwykłą umiejętność zwaną Foresight, która pozwala im zasymulować walkę nieskończenie wiele razy, zanim do niej dojdzie. Ta wyjątkowa technika staje się ostatnią deską ratunku dla ojczyzny protagonisty, która znalazła się pod wpływem tajemniczego Admirała przybyłego z odległej krainy. Yu, pod okiem swoich mistrzów reprezentujących różne style walki, będzie musiał dowieść swojej wartości jako członek The Order, stawiając czoła buntownikom, skorumpowanym strażnikom oraz innym mistrzom sztuk walki, by ostatecznie uwolnić krainę spod władzy uzurpatora.
Mistrzowie, style walki – te słowa powinny was naprowadzić na klimat i charakter Forestrike. Jeżeli miałbym wrzucić grę do jakiegoś worka z opisami gatunków, to znalazłaby się w sakwie z taktycznymi bijatykami akcji z elementami rougelike. To niecodzienne połączenie stanowi jednocześnie jej największy atut. Na starcie jesteśmy ograniczeni tylko do jednego stylu walki – Liścia. Bazuje on na unikaniu wrogich ciosów i zmuszaniu adwersarzy do ranienia swoich sojuszników. Nie oznacza to jednak biernej walki, ponieważ do naszej dyspozycji są lekki i mocny cios, a w trakcie podejścia możemy odblokować specjalny atak oraz inne bonusy, które wzmacniają lub poszerzają nasz wachlarz umiejętności. Do tego dochodzą jeszcze trzy zasoby, które w niektórych stylach są dostępne od początku i na przykład w stylu Liścia pozwalają wykonywać unik, a w stylu Zimnego Oka – blokować ciosy bez utraty życia.

Jeśli chodzi o samą walkę, to po przekroczeniu bramy Moongate w zakonie i wybraniu towarzyszącego mistrza zostajemy przeniesieni na arenę w danej krainie, gdzie przyjdzie nam toczyć pojedynki. Wrogowie są rozstawieni po obu stronach, a to właśnie na tym etapie dokonujemy pierwszej analizy przebiegu starcia. Gdy mamy już wstępny zamysł, odpalamy Foresight i przechodzimy do jego realizacji. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z naszą strategią i wyeliminujemy przeciwników bez utraty lub z minimalnym uszczerbkiem zdrowia, wówczas przechodzimy do walki rzeczywistej, gdzie musimy ponownie powtórzyć wcześniej zaplanowany schemat. Foresight pozwala nam powtarzać pojedynki bez konsekwencji – nawet jeśli stracimy wszystkie życia, walka zostaje zresetowana do stanu początkowego i możemy próbować ponownie, aż do znalezienia optymalnego rozwiązania. W starciu rzeczywistym obowiązuje jednak pełna odpowiedzialność: śmierć oznacza koniec podejścia, powrót do zakonu i rozpoczęcie wszystkiego od nowa.
Starcia będziemy powtarzać często, zarówno te „na niby”, jak i te rzeczywiste. Nie bez powodu wspomniałem o wstępnej analizie pojedynku, jeszcze zanim przejdziemy do Foresight. Przeciwnicy, podobnie jak nasz bohater, również korzystają z zasobów. Potrafią rzucać bronią i dysponują dodatkowymi umiejętnościami, które pozwalają im zyskać przewagę. Właśnie w tym momencie ujawnia się taktyczna natura gry, jaką jest planowanie. Jednego przeciwnika powalimy mocnym ciosem, a jeśli jego kompan nadbiegnie zza naszych pleców, to zablokujemy go przy pomocy broni i skontrujemy atakiem specjalnym. To tylko proste zobrazowanie, bo wraz z postępami i lepszym zrozumieniem mechanik pojedynki stają się coraz bardziej satysfakcjonujące, a akcje, które wykonujemy, wyglądają jak żywcem wyjęte z filmów kung-fu. Plusem jest też to, że na arenie znajduje się tylko kilka postaci, więc starcia są dynamiczne i szybkie. Gwarantuje to też, że w rozgrywkę nie wkrada się monotonia, bo nie robimy ciągle tego samego.
Walka to nie tylko starcie ciał, lecz starcie umysłów
Forestrike to kolejny tytuł z pixelartową oprawą, wykonaną naprawdę solidnie. Świetną robotę robią klimatyczne tła towarzyszące naszym starciom. W oddali zawsze coś się dzieje – czy to kołyszą się powieszone lalki przy zdewastowanej pagodzie, czy zarys tłumu kibicuje naszej walce. Jak można się domyśleć, cała otoczka wizualna przywodzi na myśl azjatyckie filmy akcji. Nie dotyczy to jednak tylko grafiki, bo także ścieżka dźwiękowa utrzymana jest w podobnym tonie, co wcale nie dziwi. Funkowo-jazzowe motywy mieszają się tu z tradycyjnymi azjatyckimi instrumentami, dodatkowo podkręcając klimat. Mimo to, gdyby ktoś zaczepił mnie na ulicy i poprosił o zanucenie któregoś z utworów, miałbym problem. Żaden nie zapadł mi w pamięć na tyle, żeby móc go odtworzyć.

Z grą spędziłem prawie 20 godzin, zanim po raz pierwszy zobaczyłem napisy końcowe. Pętla gameplayowa jest bardzo wciągająca, a dostępne style walki są na tyle zróżnicowane, że aż trudno odmówić sobie przejścia gry każdym z nich. Czuć jednak, że balans nie jest idealny. Podczas rozgrywki łatwo zauważyć, że niektóre style są wyraźnie lepsze. Dochodzą do tego elementy losowe, które potrafią sprawić, że mimo dużego wysiłku i dobrego przygotowania nie udaje się przejść danej krainy ani dotrzeć do finału. Choć to klasyczna przypadłość rogalików, to można na to przymknąć oko. Jest bowiem coś, co bardziej rzutuje na odbiór gry.
A są to bugi. Nie pamiętam żadnego innego tytułu, który tak często wyrzucałby mnie do głównego menu. Pokonuję bossa i cyk: „Wystąpił błąd oprogramowania. Oprogramowanie zostanie zamknięte.”. Kupuję przedmiot w sklepie, ten sam komunikat pojawia się na ekranie mojego Switcha. Gra dostała już dwa patche i błędy rzeczywiście zdarzają się nieco rzadziej, ale wciąż są obecne. Ewentualnie to jakieś podstępne zabezpieczenie, żeby nie spędzać przed konsolą zbyt dużo czasu, bo w moim przypadku działało, skutecznie odwodząc mnie na chwilę od dalszej gry.
Za egzemplarz recenzencki dziękujemy Cosmocover.
Bardzo dobra gra ze świetnym gameplay loopem, ale bugi są na tyle irytujące, że potrafią popsuć ogólne wrażenia. Jeśli jednak nie zniechęcą was zbyt mocno, spędzicie kilkanaście naprawdę przyjemnych godzin, okładając po gębach popleczników Admirała.
Plusy:
- gameplay
- klimat
Minusy:
- bugi
- trochę balans


Wizualnie prezentuje się bardzo dobrze, w dodatku sama umiejętność Foresight jest ciekawie zrealizowanym gameplayowo pomysłem. Przypomina mi trochę jak zobrazowali walkę Sasakiego Kojiro z Posejdonem w Records of Ragnarok