Nie będę ukrywał, że jest to moja pierwsza styczność z serią Super Mario Party. Dodatkowo wiedząc, że będę grał głównie solo, wziąłęm ją do recenzji przede wszystkim po ty, by przetestować nowe funkcje nowych JoyConów i sprawdzić, czy da się w ogóle grać w imprezową grę samemu. Jak wypadło więc Super Mario Party Jamboree + Jamboree TV w praktyce?
Przetestowałem wszystkie tryby związane z obsługą JoyConów w trybie myszki. Jedne mają więcej sensu i sprawiają więcej frajdy, drugie z kolei mniej, chociażby przez nieperfekcyjny kształt, celowanie czy lekkie opóźnienie w sterowaniu samą myszką względem chociażby PC-towego odpowiednika po kablu. Dodatkowo dzięki drukarce 3D wydrukowałem specjalne nakładki mające imitować kształt prawdziwej myszki, w które polecam się zaopatrzyć (jeśli nie macie drukarki, to pewnie za jakiś czas takie nakładki pojawią się w sprzedaży, o ile funkcja MyszConów™ będzie wykorzystywana w więcej niż dwóch grach).
Moją ulubioną minigierką został cymbergaj, a ulubionym trybem Carnival Coaster, w którym to podczas jazdy kolejką możemy poćwiczyć nasz cel i postrzelać do nacierających na nas przeciwników. Samych trybów i minigier jest sporo, więc myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie. Mamy tutaj przekładanie rzeczy z jednego koszyka do drugiego, malowanie obiektów sprayem, gierki w zapamiętywanie pozycji/kształtu, Tetris, speedruny, platformówki oraz minigierki wykorzystujące mikrofon i kamerę, których zwyczajnie nie miałem jak sprawdzić, bo nie mam tych akcesoriów. Dodatkowo przed startem każdej minigierki dostajemy interaktywną instrukcje obsługi w formie urywku gameplayu, na którym możemy przećwiczyć sterowanie, więc nawet jeśli ktoś nie miał wcześniej styczności z grą czy konkretnym trybem, szybko się tutaj odnajdzie.

Now I’m better solo, solo
Jak więc wypada gra solo? Bywa różnie. Poziom trudności, mimo że możemy go wybrać z menu przy każdej planszy, działa specyficznie. Nieraz nie czułem żadnego wyzwania, by z kolei innym razem (nawet na niższych poziomach trudności) zostać zdeklasowanym (szczególnie widać to w minigierce, gdzie przeciągamy postać myszką między elektrycznym ogrodzeniem – ewidentnie NPC mają zaprogramowaną trasę, z którą są w stanie uporać się szybciej od zwykłego gracza). W niektórych grach w trybie 2 vs 2 komputerowi przeciwnicy potrafili blokować się wzajemnie lub mnie, a nawet w ogóle przestać się ruszać, bo nie radziły sobie z jakąś funkcją.
Myślę że z braku laku da się w to pograć samemu, a nawet czerpać z tego jakąś przyjemność, to jednak zdecydowanie lepiej będzie znaleźć do gry kilka osób (lub spróbować online) i podnieść tym samym trochę zarówno wyzwanie, jak i poziom zabawy, bo jak wiadomo – każda gra w co-opie jest lepsza z kimś.
Najlepiej do gry solo sprawdza się główny tryb Mario Party, który przypomina mi trochę Monopoly lub The Game of Life. Mamy planszę, rzucamy kostką i pokonujemy określoną liczbę pól, aż do końca rozgrywki i wyłonienia zwycięzcy. W międzyczasie po każdej rundzie (ich liczba różni się w zależności od tego, jak długą rozgrywkę wybierzemy) pojawia się losowo wybrana minigierka, w której uczestniczą wszyscy gracze, tak więc można tu upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i sprawdzić dwa różne tryby.

Sharing is Caring
Dodatkową opcją jest funkcja GameShare dostępna z menu głównego, która pozwala właścicielowi gry/lobby zapraszać różne osoby i hostować im rozgrywkę, nawet jeśli nie mają oni swojej własnej kopii. Udało nam się chwilę pograć w ten sposób w trakcie mynintendowego wyjazdu gamescomowego, o którym będziecie mogli niedługo przeczytać na stronie, i uważam, że jest to bardzo fajna opcja rozgrywki. Nie napotkaliśmy także na żadne problemy techniczne w trakcie rozgrywki, tak więc jeśli chodzi o warstwę techniczną, nie mogę się tutaj przyczepić do niczego (może poza wspomnianym wyżej niezbalansowanym AI NPC-ów). GameShare przynajmniej w tym wypadku jest dostępny tylko lokalnie, niemniej chętnie zobaczę w przyszłości więcej gier wykorzystujących tę funkcję.

Na łazarskim rejonie nie jest kolorowo, ale w Mario Party już tak
Ostatnią niewymienioną jeszcze przeze mnie rzeczą powiązaną z głównym trybem Mario Party jest otwarta mapa, na której możemy wybierać różne tryby i minigry – na przykład podniebną taksówkę wykorzystującą funkcje ruchowe Joy-Conów. Dają nam one punkty, które wbijają nasz ranking oraz mogą zostać później wydane na różne przedmioty w „przydrożnych” sklepikach, więc osoby lubiące zbieractwo w grach spędzą pewnie trochę czasu nad tym elementem.
Skoro już jesteśmy w temacie mapy, to mamy kilka planszy dla głównego trybu rozgrywki: zieloną krainę Mega Wiggler’s Tree Party, mroczniejsze włości King Bowser’s Keep, tor wyścigowy Roll’em Raceway, błękitną lagunę Goomba Lagoon, kolorowe centrum handlowe Rainbow Galleria, pustynne Western Land czy też podniebne Mario’s Rainbow Castle. Nie ma tu więc mowy o nudzie czy znużeniu, bo każda plansza prezentuje się zgoła inaczej. Sama rozgrywka w podstawowym trybie trwa około 90 minut w najszybszej, 10 rundowej wersji, dodatkowo z wszystkimi dodatkowymi trybami i minigrami jest to gra na minimum 5 godzin, a ci z was, którzy mają z kim zagrać/wybywają na imprezy częściej ode mnie, będą mogli spędzić w tej grze znacznie więcej czasu.
Grę do recenzji dostarczył Conquest Entertainment.