Matt Bozon i spółka nie dają nam zapomnieć o Shantae. W produkcji znajduje się czwarta już część przygód młodej pół-dżinki, a niedawno na Wii U trafiła odświeżona wersja Risky’s Revenge, chyba najlepszej gry z DsiWare. Co prawda po prawie dwóch latach od wersji Steamowej, ale jednak. O ile Zemsta Risky poprawia niektóre błędy swojej poprzedniczki, sama wprowadza inne, których w wersji Director’s Cut nie poprawiono.
Zmian względem oryginalnej, wydanej w 2010 roku wersji gry nie jest wiele. Podbito rozdzielczość, dodano ładniejsze portrety postaci, usprawniono system teleportów (teraz jest naprawdę wygodny, bowiem można przerzucać się między nimi do woli) i dorzucono nowy tryb po zakończeniu gry. Jest on swego rodzaju hard modem, bowiem za cenę wolniej zużywającego się paska magii, tracimy dwa razy więcej życia. Niezrozumiałe jest dla mnie za to dalsze zwlekanie z wydaniem wersji 3DS-owej. Na przenośnej konsoli działa przecież nowsze, ładniejsze i bardziej zaawansowane The Pirate’s Curse. A tak, to trzeba się zadowolić oryginałem z DSi, w dodatku… droższym.
Ale może więcej o samej grze, bo jest szansa, że nie wiecie w ogóle o co chodzi. Na przykład po tytule można by pomyśleć, że to gra o szantach, ale miłośnicy tych pieśni będą zadowoleni tylko połowicznie. Nasza bohaterka Shantae to dziewczyna mająca w sobie cząstkę dżińskiej krwi i na co dzień zajmuje się ochroną okolicznego cichego miasteczka. Spokój jak zwykle zakłóca piratka Risky, która podczas pokazu artefaktów kradnie lampę, będącą, jak się potem okazuje, cennym i mającym dużą moc świecidełkiem. Choć Shantae zostaje wywalona ze swoje posady strażniczki, nieco z nudy, a nieco z chęci udowodnienia, że do czegoś się jeszcze nadaje, postanawia odnaleźć trzy ukryte po świecie pieczęci, mające pozwolić jej na powstrzymanie szalonej przeciwniczki.
[img]http://i.imgur.com/1qkiam1.jpg[/img]
Są cycki!
Rozgrywka to klasyczna metroidvania, platformówka z koniecznością wracania się do odwiedzonych już miejscówek, by odkryć nowe rzeczy dzięki uzyskanym przedmiotom. Sam najchętniej porównuję Shantae do pierwszych dwuwymiarowych odsłon Zeldy, ale zamiast widzieć postać z góry, spoglądamy na nią z boku. Nasza bohaterka na początku gry dysponuje jedynie ciosem polegającym na przyłożeniu wrogom za pomocą swojego tytanowego kucyka, ale w czasie zabawy nauczymy się umiejętności transformacji w kilka istot, które zmienią nasz sposób poruszania się po planszy. Początkowo nie będziemy mogli wspiąć się na niektóre wyższe miejscówki, popływać wystarczająco głęboko czy rozbić blokujących drogę przeszkód, ale po kilku godzinach… a właściwie kilkudziesięciu minutach, bo…
… gra jest niestety dość krótka. O ile na poprzedniczkę, jak i następczynię poświęcić można było około 10 godzin, tak przejście Risky’s Revenge nie powinno zająć więcej niż połowy tego czasu, wliczając w to błądzenie, bo można się tu zagubić w poszukiwaniu niektórych gratów. Trochę brakuje tu zawartości i zabawa kończy się dość nagle, pozostawiając niedosyt. Sama rozgrywka jest bowiem udana i poprawiono sporo błędów względem wydanej jeszcze na Game Boya Colora części pierwszej. Tym razem bieg jest domyślnym sposobem poruszania się długowłosej protagonistki i nie musimy już trzymać B przez całą grę, by nie wlec się bezustannie. Dodano też mapę, która co prawda nie jest ideałem pod względem czytelności, ale pozwala mniej więcej zorientować się w świecie.
Spadł też nieco poziom upierdliwości. Gdy tańczymy, by przemienić się w jedną z dostępnych form, czas zatrzymuje się i wrogowie nie mogą nas już zranić (ile razy traciłem przez to serca w jedynce, to nie zliczę…). Dzięki zaimplementowaniu sensowniejszego systemu teleportów powrót z podziemi, w których kryją się artefakty, jest łatwiejszy. Nie musimy drugi raz pokonywać tej samej drogi, tylko że w drugą stronę.
[img]http://i.imgur.com/S6z7qir.jpg[/img]
Tańczenie rozwiązano lepiej niż w jedynce – po prostu trzymamy przycisk i puszczamy go w momencie, gdy jesteśmy w żądanej pozie
Co do samych lochów – poziom trudności jest satysfakcjonujący, ale o dziwo nie pokuszono się o dorzucenie mapy w tych właśnie lokacjach, przez co czasem niepotrzebnie błądzimy. Można było umieścić ją w jakiejś skrzynce do samodzielnego odszukania, ale znaleźć się powinna. Same podziemia są całkiem zróżnicowane. Znalazło się w nich trochę zagadek, które nie są łączeniem konia z magnesem i działem orbitalnym, a dość logicznymi, niezbyt trudnymi zagwozdkami. Poza tym przyda się oczywiście umiejętność skakania z platformy na platformę, uniknięcia fireballa wystrzelonego przez potwora i dostrzegania ukrytych przejść, w których kryć może się dodatkowa kasa.
Rozczarowaniem są walki z bossami. W zdecydowanej większości starć nie trzeba uruchamiać szarych komórek, przyda się za to umiejętność jak najszybszego wciskania klawiszy. Ot, wal wroga kudłami, aż padnie (najlepiej po użyciu specjalnego szamponu, który znacząco zwiększa liczbę uderzeń na minutę). Ewentualnie używaj wszystkich zakupionych w sklepie przedmiotów (rzucających piorunami chmurek, wirujących kul i tak dalej), lecząc się potionami, gdy zdrowie spadnie do niebezpiecznej niskiej liczby serduszek. A można było w jakiś pomysłowy sposób wykorzystać nabyte zdolności.
Nic nie mogę zarzucić za to grafice, która prezentuje moje ulubione połączenie, jeśli chodzi o gry sporo czerpiące z retro – niby widać piksele, ale i kolorystyka, i ilość detali jasno wskazuje, że mamy do czynienia z grą z XXI wieku. Nie ma tu tłumaczenia się, że tak kiedyś to wyglądało, że tamto, że sramto, a tak naprawdę jesteśmy bandą leniwych developerów. Tła są wielopoziomowe i kolorowe, pełne szczegółów, podobnie jest z wrogami. Wyczerpując wątek oprawy, warto by wspomnieć o muzyce. Słychać tu miejscami inspiracje wschodnimi rytmami, co nie dziwi – w końcu gra rozgrywa się gdzieś na fantastycznym Bliskim Wschodzie. Szkoda, że nie pokuszono się o unikalne utwory dla każdego z lochów, bo tak, to ciągle mamy to samo. Przyzwyczajenie z takiej serii, w której kierujemy gościem w zielonym kubraczku, gdzie muzyka potrafiła nadać podziemiom charakterystyczną atmosferę, robi swoje.
[img]http://i.imgur.com/iWjP8ll.jpg[/img]
Uwaga – to pierwszy screen z nowego Donkey Konga. Tym razem pokierujemy córką jedynej małpy z krawatem na świecie
Odnowiona Shantae jest grą solidną, ale chyba najsłabszą z dostępnej obecnie trylogii. Największa jej wada to króciutki czas rozgrywki, bo dodatkowy tryb po zakończeniu gry to jedynie powtórka z rozrywki. Jeśli miałbym wam polecać którąś z części, byłoby to The Pirate’s Curse. Droższe o około 30 złociszy, ale rozwijające idee Risky’s Revenge, dłuższe i po prostu lepsze w niemal każdym aspekcie. Fabuła w tej serii jest zupełnie nieistotna, wiec nic nie stracicie. Jeśli ten typ rozgrywki przypadnie wam do gustu, polecam poprzednie części.

Shantae for Smash!
napisałby ktoś w jakkich to chronologicznym czasie powychodzily te części i na jaką konsole.od siebie dodam ,ze kupilem niedawno 'Pirate’s Curse’ i bawie się bardzo dobrze,ale czy nie ma fzycznych nośników z tą grą?nawet na NDS’a ??
Niestety nie ma fizycznych nośników. Próćz pierwszej Shantae z GBC, ale są dość rzadkie i drogie. Ale tę część można kupić w Virtual Console na 3DS-ie za bodajże 20 zł.
Drugie było Risky’s Revenge. Zwykłą wersję można kupić na 3DSie za 48 zł, odświeżoną na Wii U za 40 zł (jest też na Steamie i PS4).
Ostatnia wydana część to The Pirate’s Curse, na 3DS-ie i Wii U po około 69 zł (jest też na PC, PS4 i Xboxie).