Do Splatoon podchodziłem, już od zapowiedzi, dość sceptycznie. Każda nowa informacja, niestety, ale działająca na niekorzyść gry, skutecznie odwlekała moje spotkanie z tą produkcją. Jednak gdy nadarzyła się okazja, coś się zmieniło.
STÓJ BO STRZELAM! Farbą…
Wyobraźcie sobie miejsce, gdzie żyją ludzie-kałamarnice, obeznani w świecie najnowszych trendów mody i muzyki. Każdy stara się ociekać stylem i luzackim podejściem do życia. Wszystko kręci się wokół imprezowej atmosfery czaderskiego lania farbą na prawo i lewo.
Ten świat istnieje naprawdę, bo to Splatoon. Bo to swag!
Nintendo uderza w stronę pop-kultury, która wylewa się z ekranu na każdym kroku. Jesteśmy jedną z postaci o budowie człowieka, ale w naszym DNA znajduje się kod kałamarnicy, a ma to doskonałe wyjaśnienie w samej grze (o czym za chwilę). Gdy w bardzo uproszczonym menu stworzymy swoją postać, trafiamy do centrum wszystkiego. Tutaj wokół nas krążą inne Ink-postacie, a okolica wygląda jak modne Harajuku pomieszane z handlową Akihabarą w Japonii.
Gra posiada fabułę, którą odkrywamy na mapie centrum.
Prosta historia. Jako agent musimy pokonać złą ośmiornicę i jej mackowatych poddanych w celu uwolnienia świętej, wielkiej ryby. Trafiamy do miejsca wypadowego podzielonego na cztery obszary. Każdy obszar ma po kilka przejść do właściwej rozgrywki. Tam musimy udać się z punktu A, do punktu B i uratować stworzonko dające elektryczność, co pozwala załadować ostatni portal do bossa danej lokacji i jest wymagane do przejścia gry. Strzelamy farbą, aby, już w postaci prawdziwej kałamarnicy, zanurzyć się w niej i dostać do niedostępnych miejsc czy wyższych poziomów.
Rozlewając nasz kolor, pokonujemy uzbrojone ośmiornice, rozwalamy skrzynki czy uruchamiamy fontanny lub powiększamy gąbki, wchłaniające farbę. Po drodze zdobywamy kulki. Dzięki nim ulepszamy swoją broń o kolejny poziom.
Ta przygoda mnie nie zachwyciła i szybko się kończy (co, moim zdaniem, wyszło jej na dobre). Nie jest to szczególnie wybitny i wymagający tryb, po prostu miły dodatek, odskocznia od online. Znajdziemy w nim na pewno fajnych bossów, a szczególnie głównego nemezis. To właśnie nim Splatoon odkupiło swój tryb single.

Wybierzmy się na melanż!
Naszą postać trzeba ubrać, nie tylko ze względu na pogoń za modą, ale również na możliwości strojów dla multiplayera. Za zebrane fundusze kupujemy coraz lepsze zestawy. Każdy posiada umiejętności pomocne w grze, które losują się w miarę zbierania punktów podczas meczów w sieci. Do tego celu służą właśnie sklepy z nakryciem głowy, koszulkami i butami. Wszystko stosownie wykonane, pasujące do stylu gry. W jednym z budynków zapatrzymy się również w broń trzech rodzajów: karabiny, snajperki i, co najlepsze, wałki i pędzle. Każda o innych statystykach i pomocna do wylewania swojej farby na otoczenie, ale także do odesłania przeciwnika do punktu respawnu.
W jednym z zaułków czeka na nas „diler” ciuchów. U tego gościa możemy zamówić część ubioru, którą nosi inny gracz. Wystarczy podejść do Ink-gościa w naszej Plazie, wybrać interesującą nas część garderoby wraz z umiejętnościami, na przykład buty z dodatkową obroną, i skontaktować się z nim. Na drugi realny dzień odwiedzamy mieszkańca zaułków, płacimy i odbieramy przesyłkę. Gdy osiągniemy dwudziesty poziom, u tej samej postaci dostajemy możliwość dokupienia nowego miejsca na umiejętności naszego ciucha.

Obok tych miejsc i ważnego budynku przenoszącego do gry online w Ink-polis, znajdziemy jeszcze możliwość grania z drugą osobą na kanapie. Jedna trzyma Gamepada i ma swój własny obraz, druga korzysta z telewizora oraz innego kontrolera. Gra polega na zdobyciu większej ilości punktów, niż nasz kumpel obok.
Codzienną dawkę informacji na telebimie w centrum, zapodają Squid Sisters: Callie i Marie. Taka stylistyka gry nie mogła obyć się bez idoli muzycznych, które, obok śpiewania świetnych utworów, są prezenterkami codziennych newsów związanych z grą.
W mieście znajdziemy również automat do gry w retro produkcję i stoisko Amiibo.
Ty, Twoja farba i reszta świata!
Splatoon stoi multiplayerem. Dwa tryby, kilka zróżnicowanych map, dwie drużyny po czterech graczy i mnóstwo, mnóstwo radosnego zalewania planszy, z możliwością pływania w niej jako kałamarnica, aby naładować swoją broń lub wykonać taktyczny ruch. Ale uwaga na farbę przeciwnej drużyny – jest śmiertelna! Gra online w obu trybach polega na zakolorowaniu farbą naszej drużyny jak największej ilości planszy oraz sprawnej eliminacji przeciwników, zanim upłynie wyznaczony czas. Na koniec rundy następuje podsumowanie przez grubego kota sędziego. Czekamy na wynik – dowiadujemy się, która drużyna zużyła najwięcej koloru i postarała się, aby każdy kąt był naznaczony jej odcieniem.
Podobnie, jak to miało miejsce powyżej, można opisać pierwszy tryb „Turf War”. Tutaj, bez względu na wygraną czy porażkę, otrzymujemy punkty według miejsca w rankingu meczu, które zależne jest od tego, ile wydaliśmy farby. Punkty, jak wspomniałem wcześniej, powiększają level naszej postaci i ubrań.

Drugim, jeszcze bardziej emocjonującym trybem, jest „Ranked”. Tutaj nie ma przebacz. Gra polega na zalaniu odpowiednich miejsc zwanych zone i utrzymaniu ich w kolorze naszej drużyny do upłynięcia wyznaczonego czasu. Obie drużyny mają tyle samo sekund, które spadają, gdy zone jest w ich farbie. Całość polega więc na zasadzie odbijanej piłeczki, bo wszystko zależy, która drużyna sprawniej upora się z zakolorowaniem i obroną miejsca do momentu, gdy zegar drużyny pokaże zero. Kiedy kończy się runda, występuje podobne podsumowanie do tego z „Turf War”, ale z tą różnicą, że punkty doświadczenia otrzymuje zwycięska drużyna, natomiast przegrana drużyna otrzymuje je rzadko lub wcale. Każdy gracz posiada kategorie Ranked, która na starcie jest na wskaźniku C-. Wygrany mecz podnosi wskaźnik o kilka punktów, przegrany natomiast, odbiera je. Nie ma przebacz! Im wyższy wskaźnik tym więcej punktów doświadczenia i kasy, ale także lepsi gracze.
Pomimo wad, które występują w trakcie rozgrywki, jak na przykład rozłączanie z sieci, co w trybie Ranked wiąże się z utratą punktów za mecz (tutaj nie gramy na serwerach, Nintendo rozwiązało to w sposób taki, że jeden gracz jest hostem całej gry), brak możliwości tworzenia drużyn ze znajomymi, przez co jesteśmy ciągle mieszani, gdy dołącza do nas znajomy, czy inne niedopatrzenia giganta z Japonii, zeszły na dalszy plan, po spróbowaniu gry online. Jest świetnie, a Nintendo wciąż rozbudowuje Splatoon o nowe aktualizacje.

Amiibo tak na szybko.
Jestem posiadaczem zestawu z Amiibo Squidem – kałamarnicą, która w mieście ma swoje miejsce. Wybierając figurkę Squida, otrzymujemy szereg przerobionych wyzwań z gry single. Zdobywamy za nie fundusze oraz nowe ciuchy i bronie. Figurka jest świetnie wykonana!
STAAAAY FRESH!
Splatoon to nowe IP, które rok temu zaskoczyło swoją zapowiedzią. Tytuł wzbudził we mnie nietrwałe zainteresowanie. Gra spadała na liście upragnionych tytułów coraz bardziej, gdy w sieci pojawiały się newsy o dziwnych zabiegach Nintendo w sferze online tej produkcji.
Tytuł trafił w moje ręce, a ja diametralnie zmieniłem zdanie o tej produkcji. Zostałem kupiony przez styl tej gry: od grafiki po muzykę (ten soundtrack!) i na atmosferze kończąc. To jak zabawa dzieciaków w najnowszą trendy zabawę, połączona wspólną pasją do mody i stylu. Czuje się taką integrację z pop-kulturą w Splatoon.
Splatoon to świeżość w gatunku shooterów. Śmiało powiem – innowacja w temacie. Bo wszystko opiera się na zalewaniu świata farbą, które bardzo wciąga i aż chce się jeszcze rozegrać jedną turę. Nie spodziewałem się, że tak to na mnie zadziała i płytka w mojej konsoli kręci się bez przerwy.
Ocena Splatoon to mocne 80 na 100. Minus dwadzieścia punktów za braki w online, które, mam nadzieje, zostaną wkrótce poprawione.
Jest naprawdę dobrze!


Brawo Szpadel, bardzo fajna recka!
Dzięki! 🙂
Szpadel trafił w sedno! Od siebie dodam, że gorrrrąco polecam SPLATATTATATTATA
Co najmniej 90 się należy. Da się dostrzec potencjał rozwojowy i contentu będzie sporo. Ocena może i byłaby trafna na premierze, gdy był to fakt ubogi produkt ale obecnie? Przecież niedawno wyciekły do sieci wszystkie nowe mapy, bronie – ich ilość jest ogromna.
Recenzja była pisana na obecnym produkcie. Napisanie artykułu z zapowiedzianymi rzeczami, które jeszcze nie wyszły, byłoby to co najmniej nie wiarygodne. To tak jakbym opisał Splatfest, pomimo, że jeszcze żaden użytkownik z naszego rejonu nie mógł go spróbować. Dlatego, że nie miałem jak przetestować i ocenić zapowiedziane rzeczy, nie mógłbym na podstawie samej ich zapowiedzi wliczyć do oceny. W recenzji zawarłem informacje o ciągłym rozwoju Splatoon, co jak wspomniałem w tekście – wróży tytułowi dobrze. Ocena jest jak najbardziej słuszna i będę się jej trzymał.