[Recenzja] Shiren the Wanderer: The Tower of Fortune and the Dice of Fate

0

Roguelike gatunek, który się kocha albo nienawidzi. Tylko w pozycjach z tego nurtu cały nasz wypracowany w mozole dorobek można w kilka chwil permanentnie stracić. Wracamy do punktu wejścia i zaczynamy wszystko od początku, ale tym razem bogatsi o nową wiedzę. Nie brzmi to zachęcająco, ale satysfakcja z ukończenia takiego tytułu jest przeogromna i przez chwilę, po licznych porażkach, można się poczuć jak ubergracz. Jednym z prominentnych, choć bardzo niszowym, reprezentantem roguelike’ów w wersji jRPG jest Shiren the Wanderer. Cykl, który jest autorską marką Chunsoftu w serii Mystery Dungeon (pozostałe to spin-offy większych franczyz jak Pokémon i Dragon Quest), zalicza swój debiut na Nintendo Switch. The Tower of Fortune and the Dice of Fate jest portem piątej części przygód rudowłosego ronina Shirena, które najpierw pojawiły się na Nintendo DS, a później na Ps Vita.

Wierzycie, że można zmienić swój z góry zapisany los? Takiego karkołomnego zadania chce się podjąć jeden z protagonistów Jirokichi. Jego przyjaciółka Oyu zapadła na śmiertelną chorobę i nasz w gorącej wodzie kąpany bohater postanawia coś z tym zrobić. Chce rzucić wyzwanie bogini przeznaczenia Reevie i odmienić nieszczęsne fatum chorej. W tym celu niezbędne jest zdobycie trzech kostek losu, które znajdują się na szczytach wież: przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Dla Jirokichiego jest to zadanie, które wykracza poza jego siły, ale przy pomocy Shirena i jego fretkowego towarzysza Koppy wszystko jest możliwe. Więc trio wyrusza w pełną niebezpiecznych przygód wyprawę, z której z pewnością nieraz wrócą na tarczy. Jednak ukończenie głównego wątku fabularnego to tak naprawdę początek. Po zaliczeniu obowiązkowego materiału, na który trzeba poświęcić minimum 15 godzin, otrzymuje dostęp do opcjonalnych lochów, które dostarczają prawie 2-3 razy więcej zabawy.

Umieranie w tej grze jest wpisane w kanony tego gatunku. Jednak nie ma się czego obawiać, zanim zaliczymy zgon, to musimy jakoś do niego doprowadzić, prawda? Więc przez pewien czas możemy nacieszyć się z naszych zdobyczy i walczyć do upadłego. Ogólnie rozgrywka w The Tower of Fortune and the Dice of Fate ma trochę cech wspólnych z królewską grą, jaką są szachy. Jak już trafimy do tego nieszczęsnego lochu, chociaż jest to trochę złe określenie, bo zamiast w dół, pniemy się w górę wieży, znajdziemy się na losowo generowanych planszach podzielonych szachownicą. Tutaj swobodnie możemy się poruszać w ośmiu kierunkach, aż do momentu, kiedy w naszym polu widzenia pojawi się przeciwnik. Wtedy przemieszczamy się turowo, po jednym polu, na zmianę z adwersarzem. Jeżeli jesteśmy w bezpośrednim sąsiedztwie, możemy przejść do zwarcia i wymieniać się razami. Jeżeli wygramy, idziemy dalej i  eksplorując obszar, zbieramy po drodze napotkane fanty, aż trafimy na kolejnego wroga ewentualnie na schody prowadzące do kolejnego piętra. I tak do skutku, dopóki albo nie padniemy, albo nie dotrzemy do końca wieży.

Brzmi dosyć prostolinijne? Trochę tak, ale diabeł tkwi w szczegółach. W grze występuje szereg czynników, które w mniejszym lub większym stopniu wpływają na nasze eskapady. Możemy wyruszyć w towarzystwie innych NPCów. Nasza broń i tarcze też zdobywają poziomy i mogą zmieniać się w mocniejsze wersje. Multum statusów, które można otrzymać i zmieniać przeciwnikom. Pułapki, które wyrzucają nas na drugi koniec planszy i nie tylko. Jest tego całkiem sporo, więc na początku warto poświęcić chwilę na samouczek, bo dzięki temu gra będzie mniej losowa i frustrująca. Co więcej, tytuł nawet po kilkunastu godzinach potrafił mnie czymś zaskoczyć. Chociażby wprowadzeniem cyklu dobowego, gdzie o zmroku potwory dostają mega wzmocnienie. Mimo że często będziemy powtarzać pewne etapy, w Shiren the Wanderer: The Tower of Fortune and the Dice of Fate każde nowe podejście jest inne i dzięki temu monotonia nie wkrada się szybko do gry. Wartym odnotowania jest też ciekawy system społecznościowy. Po śmierci możemy wysłać wiadomość do innych gracz przez sieć albo przez podanie kodu. Jeżeli ktoś na nasze zawołanie odpowie, może nas uratować i będziemy w stanie kontynuować naszą podróż z tego samego miejsca z całym ekwipunkiem.

Twórcy Shiren the Wanderer: The Tower of Fortune and the Dice of Fate postawili na sprawdzone rozwiązania graficzne. Gra wygląda tak, jakby była rodem ze SNESa. Bynajmniej w żadnym wypadku nie jest to wadą! Gra jest bardzo kolorowa, sprite’y przyjemne w odbiorze, a cała otoczka jest przesiąknięta japońskością (kwitnące wiśnie!). Podobnie ma się audio, które raczy nas azjatyckimi motywami dobywającymi się z głośników.

Ogólnie, oprócz dodatkowych dungeonów, gra nie zmieniła się za bardzo względem wersji na Ps Vita. Przydałoby się jednak kilka usprawnień QoL, szczególnie w nawigowaniu menu i przeglądaniu przedmiotów w ekwipunku. Robimy to dość często i jakby opisy pojawiały się bezpośrednio po najechaniu na item, a nie wybierano przez opcję, stracilibyśmy jedną upierdliwą czynność.  Oprócz tego ciężko też do czegokolwiek się przyczepić. Jeżeli przełkniecie roguelike’ową naturę, to spędzicie z tytułem kilkadziesiąt godzin i to za niezbyt wygórowaną cenę 80 zł. Co więcej, jest to w miarę przystępna odsłona, więc to idealne miejsce, żeby zacząć swoją miłość do tego niszowego gatunku.

Grę do recenzji dostarczył Spike Chunsoft. Screeny własne.

Ocena gry

WARTO ZAGRAĆ
PODSUMOWANIE
Shiren the Wanderer: The Tower of Fortune and the Dice of Fate jest dobrą pozycją, żeby zacząć swój romans z gatunkiem roguelike. Podana w atrakcyjnej formie turowego jRPG, za małe pieniądze, potrafi dostarczyć kilkadziesiąt godzin dobrej zabawy, pod warunkiem, że umieranie szybko nas nie zniechęci.
MUSISZ ZAGRAĆ
WARTO ZAGRAĆ
ŚREDNIAK
PORAŻKA
PODZIEL SIĘ

Pierwsze słowa, jakie w życiu wypowiedział to "Grać!". Świat gier wideo zdobywał w towarzystwie Pegasusa oraz Commodore64. Jego odskocznią od wojaży w wirtualnych światach, było ganianie jak opętany na pobliskim boisku za piłką. Miłośnik sztuk walk oraz symfonicznych aranżacji growych soundtracków. Z powodu swego lenistwa, zamiast zostać władcą świata, skończył jako rolnik, produkujący wątpliwej jakości bimber.

Zostaw komentarz

Aby dodać komentarz musisz się zalogować. | Zaloguj się | Jeszcze nie masz konta? Zarejestruj sie!

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.


Do NOT follow this link or you will be banned from the site!