[Recenzja] Riddled Corpses EX

0

Riddled Corpses EX to pixelartowy tytuł indie – graficznie i dźwiękowo stylizowany na lata 90-te. Jeśli więc kogoś odrzucają pikseloza i muzyka midi, to nie ma co szukać szczęścia z tą produkcją. Dla całej reszty zaś może to być okazja do zapoznania się z solidnym twin stick shooterem.

Twórcy gry nawet nie próbują udawać, że otoczka fabularna ma jakieś znaczenie. Ot, jesteśmy jednym z kilku ocalałych po apokalipsie zombie. Albo czegoś jeszcze gorszego. Ważne, że jest jakiś *powód*, żeby atakowały nas chmary umarlaków, krwiożercze rośliny, demony wychodzące z pentagramów i wszelkie inne abominacje.

Grafika – jest. Całość wygląda tak, jakbyśmy już w to kiedyś grali. Każdy ghoul czy demon, przedmioty i lokacje – wszystko jest boleśnie generyczne. Nie jest jednak brzydkie i spełnia swoje zadanie. Ważne, że pociski i wrogowie wyraźnie odcinają się od tła. W pewnych momentach na ekranie dzieje się baaardzo dużo i żeby przeżyć, musimy najpierw znaleźć te kilka wolnych pikseli, a potem jeszcze dotrzeć tam Jonem.

Muzyka – też jest. Generyczny bit w wersji midi stereo zapętlony w kółko. Pierwsze dźwięki, które usłyszałem w tej grze, sprawiły, że zacząłem szukać papierowego kalendarza, żeby upewnić się, że nie cofnąłem się do roku ’94. Muzyka wydała mi się w jakiś sposób „znajoma” – jakbym już to kiedyś słyszał. Muszę jednak przyznać, że ścieżka dźwiękowa dobrze współgra z typem rozgrywki. Szybki rytm muzyki wprawia nas w bojowy nastrój i zachęca do jak najszybszej eksterminacji wrogów. Dźwięki, które wydają potwory i bronie, zdają egzamin – żaden z nich nie jest irytujący. Biorąc pod uwagę ilość przeciwników, wybuchów i trzasków na sekundę – jest to osiągnięcie.

Skoro nie ma nic odkrywczego w fabule, udźwiękowieniu i obrazie, to cała para twórców poszła pewnie w gameplay, prawda? Ano prawda. Aczkolwiek, jeśli ktoś spodziewa się tutaj super odkrywczych rzeczy, od razu spieszę sprostować. Praktycznie wszystkie elementy zastosowane w tej grze już gdzieś się pojawiały. Rozgrywka sprawia jednak wrażenie bardzo dopracowanej. Każda rundka w Riddled Corpses to wyzwanie, które podejmujemy z pełną świadomością, że pewnie polegniemy, a mimo to – ciągle mamy ochotę próbować jeszcze raz. I jeszcze raz. Często po dwóch, trzech podejściach wkurzony odkładałem grę. Jednak tuż po wyłączeniu konsoli myślałem o kolejnym starciu z zombiakami. I o tym, że następnym razem spiorę im wszystkim dupska. Albo chociaż przejdę do kolejnego etapu…

To, że Riddled Corpses ciągle ekscytuje i trzyma w napięciu mimo powtarzalności, to zasługa dwóch prostych mechanik. Pierwsza z nich to combosy – gdy przekroczymy pewną ilość zabitych przeciwników, włącza się tryb combo – broń staje się znacznie silniejsza i obejmuje większy obszar, co baaardzo ułatwia eksterminację wrogów. Druga, ciekawsza, to sposób spawnowania wrogów. Ci nie pojawiają się znikąd, ale wychodzą z trumien. Trumny te natomiast spadają z nieba (Wtf? Ale tak właśnie tutaj jest…). Zanim umarlak wyjdzie z trumny, mamy jakieś 2-3 sekundy, żeby dobiec do pogrzebowej skrzyni i rozwalić ją samym dotknięciem. Gra zmusza nas do ciągłego „grania w cykora” i ryzykowania życiem poprzez zbliżanie się do nowych zombiaków. Jak rozwalisz trumnę, podładujesz wskaźnik combo i pozbędziesz się wroga w ułamku sekundy. Ryzykujesz jednak, że przeciwnik wyjdzie z trumny dokładnie w momencie, w którym będziesz kilka pikseli od niego i stracisz cenne życie…

Trzeba przyznać, że bardzo dobrze to działa. Nie kojarzę, żebym podczas grania biegał dookoła mapy i strzelał jedynie do wrogów na drugim końcu. Cały czas trzeba być w ruchu i ryzykować niszczenie trumien – inaczej ciężko się uwinąć z czyszczeniem kolejnych fal przeciwników. Dzięki temu rozgrywka nabiera rumieńców i nigdy nie traci tempa.

Długość gry zwiększa zaimplementowany grind. Kolejne postacie i ulepszenia uzbrojenia trzeba wykupić za zdobywaną walutę. Nie jestem fanem takich rozwiązań, ale nie odczułem, żeby psuło mi to zabawę w tej produkcji. W kilka godzin jesteśmy w stanie odblokować drugą postać albo uzbroić naszego wojaka do rozsądnego poziomu, pozwalającego przemieszczać się do przodu w trybie Story. Reszta zależy już od naszego refleksu i umiejętności. Trzeba tu nadmienić, że grind w wersji na Switcha został mocno przytemperowany względem pierwotnej wersji pecetowej – tam był znacznie bardziej upierdliwy.

Dla tych zaś, co nie lubią grindu i w ogóle nie chcą mieć z nim styczności, pozostaje tryb Arcade, w którym poziomy broni zdobywamy dzięki szybkiej eksterminacji wrogów i robieniu combosów. Nie ma więc teoretycznie potrzeby powolnego ciułania waluty gry. Tyle że przejście całości gry w trybie Arcade to wyzwanie nawet dla hardcorowych wyjadaczy gier typu bullet hell. Jest to raczej dodatek dla tych, którzy już zjedli zęby w trybie Story i gra stała się dla nich za prosta…

Ocena gry

WARTO ZAGRAĆ
PODSUMOWANIE

Riddled Corpses Ex to pozycja warta rozważenia dla fanów twin-stick shooterów i gier typu bullet hell. Szczególnie że wyceniona jest na rozsądne 40 zł. W bibliotece Switcha można już co prawda znaleźć bardzo dobre tytuły w tych kategoriach, ale Riddled broni się świetnie wyważoną rozgrywką. Gra wymaga od nas ciągłego podejmowania ryzyka i nie daje o sobie łatwo zapomnieć.

MUSISZ ZAGRAĆ
WARTO ZAGRAĆ
ŚREDNIAK
PORAŻKA
PODZIEL SIĘ

Zostaw komentarz

Aby dodać komentarz musisz się zalogować. | Zaloguj się | Jeszcze nie masz konta? Zarejestruj sie!

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.


Do NOT follow this link or you will be banned from the site!