[Recenzja] Bastion

2

Bastion to gra wydana pierwotnie w usłudze Xbox Live Arcade. Zadebiutowała tam 20 lipca 2011, a parę miesięcy później znalazła się również na PC. Gra była sukcesywnie wydawana, gdzie się dało, i jej twórcy nie przepuścili również okazji do zarobienia paru dolarów  na fali popularności nowej konsoli Nintendo. I słusznie, bo dzieło SuperGiantGames czuje się na Przełączniku jak w domu. Każda lokacja to sesja kilku lub kilkunastu minut intensywnej rozgrywki. Akurat tyle, żeby rozegrać sobie dwie rundki wieczorem w łóżku albo w pociągu.

Przejdźmy do rzeczy. Gra prezentuje się bardzo ładnie. Od pierwszych sekund atakowani jesteśmy sporym logiem Bastion i ręcznie malowaną, kolorową grafiką Dzieciaka (Kid), który jest głównym bohaterem gry. Wszystkie materiały 2D zostały narysowane przez Panią Jen Zee. Całość jest spójna i barwna. Zarówno tła, budynki i postacie cieszą oko, chociaż baśniowy styl nie każdemu musi przypaść do gustu. Jeżeli patrząc na screeny, komuś przypomina się ostatni obiad, to raczej nie będzie gra dla niego. Animacje postaci nie porywają, ale i nie psują zabawy swoją drętwotą. Są po prostu ok. Warto natomiast wspomnieć o animacji terenu – przemierzając zniszczony świat, Dzieciak stąpa po jego okruchach, a ścieżki dobudowują się w czasie rzeczywistym. Nadlatujące zewsząd okruchy miasta układają się w nierówną ścieżkę tuż przed stopami protagonisty, co daje niezwykle uroczy efekt. Śliczna pstrokacizna, która powstaje na naszych oczach, czasami jest mało czytelna, ale wybaczam – wyraźne odczucie przemierzania zgliszczy świata po katastrofie jest warte małych niedogodności.

Od początku towarzyszy nam specyficzna ścieżka dźwiękowa, która od razu wpadła mi w ucho. Ciężko ją sklasyfikować jako jakiś pojedynczy gatunek. Autor (Darren Korb) określił to mianem „acoustic frontier trip-hop”, cokolwiek to znaczy. Brzmienia są raczej ciężkie, a w muzykę instrumentów wcina się dosadny bas. Niemniej, na tyle ciężko to opisać, że polecam posłuchać. Śmiem twierdzić, że to właśnie soundtrack robi lwią część klimatu w tej grze. Najbardziej zapamiętałem te sesje gry, kiedy wieczorem zakładałem sobie słuchawki na uszy i odcinałem się od dźwięków spoza gry. Wtedy ciężkie brzmienia i głos Logana Cunninghama, aktora podkładającego głos narratora, znacznie silniej mnie poruszały. Ton głosu, sposób mówienia ma w tej grze kolosalne znaczenie. Wsłuchanie się w opowieść sprawia, że drobne smaczki nabierają mocy i znaczenia. Warto nadmienić, że narracja w Bastionie jest aktywna – gra reaguje na to, co dzieje się na ekranie, i dobiera odpowiednie kwestie narratora. Komentarze są bardzo trafne, dzięki czemu mamy okazję poczuć, że Rucks opowiada właśnie Naszą Historię.

Gameplay jest bardzo prosty – gra akcji w rzucie izometrycznym. Największe znaczenie ma nasza zręczność i wyćwiczenie w broniach, których używamy. Rozwój bohatera jest drugorzędny – ulepszanie broni czy zdobycie kolejnego poziomu ułatwi nam walkę, ale jej za nas nie wygra. Gra przypomina w odczuciu hack’n’slasha, w którym mamy do wyboru zawsze jeden atak wręcz, jeden dystansowy, unik, blok i zdolność specjalną. Od nas zależy jedynie, który guzik naciśniemy i kiedy.  Całość zapewne zanudziłaby nas po 15 minutach, gdyby nie sukcesywnie wprowadzane bronie i zdolności specjalne, których jest naprawdę sporo. Broni mamy do wyboru na koniec gry 11, a umiejętności jeszcze o kilka więcej. Jest w czym wybierać, a różne kombinacje często wymuszają zupełnie inny styl gry. Gra czasami „zachęca” nas do zmiany broni, wprowadzając w nowych obszarach przeciwników, którzy są dość upierdliwi do pokonania przy użyciu starego sprzętu. Nie odebrałem tego jednak jako wady. Dobrze się bawiłem, zmieniając styl gry, a nie czułem się zmuszony do zrobienia tego. Ze starym sprzętem lokacja była jak najbardziej grywalna. Jeśli ktoś zostanie więc fanem młota lub dzidy, to nie ma problemu. Może dzidować niemal całą grę.

Warto nadmienić w tym miejscu, że nie uświadczyłem spadków fpsów, a sterowanie jest bardzo precyzyjne. Przeciwnicy są tam, gdzie ich wizerunki i jak dzida trafia, to trafia.

Fabuła w grze jest. Niezbyt wyszukana. W zniszczonym katastrofą świecie jest tylko jedno miejsce, w którym można się schronić – Bastion. I to ten Bastion pod swoją ochronę bierze Dzieciak  i zaczyna jego odbudowę, aby móc użyć jego pełnej mocy i cofnąć skutki katastrofy. W tym dumnym dziele wspiera go Rucks (jest on jednocześnie narratorem) i kilku innych ocalonych. I to by było na tyle. Nie brzmi porywająco, co?

Na szczęście czasami nie sama potrawa jest tak istotna, jak sposób jej podania. A historia w Bastionie podana jest, w moim odczuciu, znakomicie. Meritum gry to walka i to właśnie podczas starć usłyszymy wiele historii o Dzieciaku lub świecie gry – tym obecnym tu i teraz oraz tym sprzed katastrofy. Wszystko opowiada nam Rucks-narrator, a słuchając go, mamy wrażenie, że słuchamy wytrawnego bajarza, który powoli odsłania przed nami karty historii i czasami, jak mu się przypomni, wrzuca pikantny szczegół z życia jednego z bohaterów. Ostry lub zmęczony ton głosu narratora dodaje smaczku dokładnie tam, gdzie trzeba. Fakt, że często jednocześnie słuchamy narratora i walczymy, sprawia, że ciężko się skupić na tym, co mówi. Jest to plus i minus. Plus, ponieważ wtedy bardziej wyczuwamy sposób mówienia, emocję kryjącą się za wypowiedzią – nasz mózg logiczny jest zajęty wykonywaniem uników i ataków. Minus, bo mimo niezłej znajomości angielskiego czasami nie byłem w stanie zrozumieć, co dokładnie zostało powiedziane… Włączenie napisów niewiele pomaga, bo podczas walki nie ma czasu na czytanie.

Plusy dla mnie przeważają – wciąż wyraźnie pamiętam emocje, których doświadczyłem w retrospekcjach Dzieciaka. Mimo to poczucie, że nie wszystkie niuanse historii byłem w stanie wyłapać, trochę drażni i pozostawia niedosyt.
Ale zawsze grę można przejść drugi raz, prawda? Szczególnie że twórcy przygotowali tryb New Mode+, w którym zaczniemy grę z odblokowanymi broniami i perkami, co pozwoli nam od razu wybrać najbardziej pasujące nam bronie i poziom trudności.

Pozostaje mi wspomnieć coś o samym Bastionie, bo jest on wyjątkowym miejscem w grze. Pełni on rolę miasta-huba, do którego wracamy po zakończonej walce. Bastion rozbudowujemy podczas przygody, dzięki czemu zyskuje on nowe funkcjonalności ułatwiające przyszłe walki – sklep, kuźnię, napoje dające stałe bonusy itp. Najciekawszą funkcjonalnością jest Świątynia, dzięki której regulujemy poziom trudności. Możemy w niej wybrać bogów, których błogosławieństwa (czy raczej przekleństwa, bo utrudniają one grę…) chcemy aktywować i… voilà! Od teraz wrogowie szybciej biegają albo po śmierci zostawiają mały wybuchający granacik. Muszę przyznać, że system jest nie tylko ciekawy, ale i efektywny. Dzięki temu byłem sobie w stanie utrudnić grę na tyle, żeby przechodzenie kolejnych etapów było dla mnie satysfakcjonujące, a jednocześnie nie frustrowałem się ciągłym umieraniem.

W Bastionie będziemy też mogli pogadać z Dziadem… ekhm, Rucksem, który dopowie nam kawałki historii w trochę spokojniejszej atmosferze niż zwykle, oraz nielicznymi postaciami, które przetrwały katastrofę i zdecydują się „skorzystać z naszej ochrony”.

Podsumowując – gra się przyjemnie, ale sama rozgrywka nie zwala z nóg. Na pewno istnieje dużo hack’n’slashy z lepszą mechaniką. Wszystko (z nawiązką) rekompensuje fakt, że gra podczas walk komentuje nasze poczynania charyzmatycznym głosem lektora i pobudza nas bojową muzyką. Zarówno momenty w naszej siedzibie, jak i starcia mocno mnie angażowały właśnie dzięki doskonałej oprawie artystycznej – grafika, muzyka i lektor budują świat Bastionu cegiełka po cegiełce. Powoli, ale solidnie. Z czasem przychodzi taki moment, że zaczynamy nie tylko widzieć i słyszeć świat gry, ale też współodczuwać go razem z głównym bohaterem. Na tyle mocno, że tryb New Mode+ ma tu sens.

Ocena gry

WARTO ZAGRAĆ
PODSUMOWANIE
W tej grze postawiono na klimat. Sterując Dzieciakiem, czujemy jego samotność i upór w dążeniu do zbudowania własnego miejsca w zniszczonym świecie. Grafika, dźwięk i rozgrywka mają tu proste zadanie - wzmacniać te uczucia. Trzeba przyznać, że robią to doskonale.
MUSISZ ZAGRAĆ
WARTO ZAGRAĆ
ŚREDNIAK
PORAŻKA
PODZIEL SIĘ

2 komentarze

  1. Kojin
    Kojin (321 komentarzy) w dniu:

    Przyjemna recenzja, chociaż mnie sam Bastion jakoś nigdy nie potrafił porwać a dawałem mu szanse przynajmniej dwa razy. Kompletnym przeciwieństwem jest natomiast druga gra studia – Transistor który nomen omen też zmierza na Pstryka. Gra porwała mnie od pierwszej minuty.

  2. Gipsi (229 komentarzy) w dniu:

    Mi w Bastion również grało się przyjemnie, ale tak jak piszę Kojin to właśnie Transistor jest tą grą która pokazała siłę tego studia. Transistor ma niesamowity klimat sprawiając że jest to jedna z moich ulubionych gier tej generacji.

Zostaw komentarz

Aby dodać komentarz musisz się zalogować. | Zaloguj się | Jeszcze nie masz konta? Zarejestruj sie!

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.


Do NOT follow this link or you will be banned from the site!