Fox McCloud powrócił! Najpierw na ekranach kin, teraz w swojej własnej grze. Do tej pory, poza gościnnymi występami w grach z serii Super Smash Bros., Fox wraz z ekipą nie dostał na Switchu zbyt wiele miłości. Oczywiście nie zapominam tu o, moim zdaniem, najlepszej jak do tej pory grze z Gwiezdnym Lisem, jaka wyszła na Nintendo Switch. Mowa o Starlink: Battle for Atlas, w którym wątek Foxa i ferajny był ekskluzywną zawartością dla konsoli Nintendo.

No dobra, ale jaki jest ten nowy Star Fox? Warto pędzić za nim do sklepów albo rzucać się na wydanie cyfrowe? Cóż… odpowiedź nie jest tak prosta i jednoznaczna, jakbyście tego zapewne chcieli.
Star Fox to gra z gatunku „strzelanek na szynach”. Oznacza to mniej więcej tyle, że poruszamy się po z góry ustalonych trasach, walcząc z atakującymi nas z różnych stron przeciwnikami, unikając przeszkód i zbierając znajdźki. Na końcu każdego poziomu pokonujemy bossa.

Fabularnie nie jest skomplikowanie. Musimy obronić planetę Corneria, a potem dotrzeć na inne ciało niebieskie, Venom, by pokonać doktora Androssa – głównego złego, który urządził tam sobie bazę. Docieramy tam, zawsze wykonując po drodze siedem misji. Każdorazowo zaczynamy w tym samym miejscu, a to, gdzie skierujemy się dalej, zależy od tego, jak nam poszło w danej planszy, jakie decyzje podjęliśmy czy które sekrety udało się nam odkryć.
I choć galaktyka, w której dzieje się akcja, jest większa, to my, w drodze do celu, przejdziemy tylko przez kilka z nich. Oznacza to, że nie da się odkryć wszystkich sekretów gry i świata za jednym zamachem. Bardzo przypomina mi to stare gry automatowe, które w założeniu miały być dość krótkie i wymagające, by zostawiać w automacie jak najwięcej monet, a jednocześnie oferowały różne ścieżki do celu, by nawet po zobaczeniu napisów końcowych nadal było warto pakować kolejne monety do maszyny. Automatowy feeling dodatkowo buduje licznik żyć. Tak, możemy zobaczyć napis „Game Over”, nie ukończywszy gry.

A ile zajmuje takie jedno podejście? To zależy. Mi średnio jeden run zajmował coś pomiędzy 60 a 90 minut, w zależności od tego, czy leciałem znaną już trasą, czy wybrałem jakieś nowe sektory. Miłą rzeczą jest fakt, że jeśli po ukończeniu misji nie jesteśmy zadowoleni z jej wyniku, to możemy ją sobie bezproblemowo powtórzyć i wykręcić lepszy wynik czy spróbować odblokować alternatywną ścieżkę.
Ja ogółem ze Star Foxem pierwszy raz zderzyłem się już za czasów Nintendo 3DS i StarFox 64 3D. Uczciwie przyznam, nie podszedł mi wtedy za bardzo. Nie wiem, czy to kwestia małego ekranu, czy sterowania, które wtedy było dla mnie mało intuicyjne. Faktem jest, że zrobiłem jedno czy dwa pełne przejścia kampanii i kartridż trafił do pudełka, a to na półkę.

Nowy Star Fox jest trochę inny. Sterowanie nadal jest dość obszerne i trzeba opanować dość sporą przyciskologię, by wykrzesać z Arwinga i innych pojazdów maksimum ich możliwości i dawać sobie radę w walce. Tym razem pokonywanie kolejnych etapów przychodziło mi łatwiej. Może jestem starszy i lepiej ogarniam, a może po prostu Pro Controller do Nintendo Switch 2 jest tak super wygodnym padem, że nawet takiemu łamadze jak ja udało się dzięki niemu opanować podstawy.
Na plus na pewno trzeba uznać oprawę. Wszystko utrzymane jest w bardzo filmowym klimacie. Wprowadzenie do misji i jej podsumowanie jest prezentowanie w formie cutscenek z pełnym voice actingiem. Nintendo naprawdę się tutaj postarało i odwaliło kawał dobrej roboty. Szkoda jednak, że nie uświadczyliśmy języka polskiego. To kolejna gra od Nintendo, po Yoshim, która nie oferuje naszego języka nawet w formie kinowej lokalizacji.

Chyba największy zarzut, jaki mogę mieć do tej gry, to fakt, że jest trochę „odgrzewanym kotletem”. Wspomniałem już, że mój pierwszy kontakt z bandą kosmicznych najemników miał miejsce na konsoli Nintendo 3DS. Wtedy był on mało udany i nie przykuł mnie do konsoli na długo. Udało mi się poznać wątek fabularny, ale nie poczułem chęci, aby maksować grę i przeczesywać każdy skrawek kosmosu.
Grając w nowego Star Foxa, nie mogłem się niestety pozbyć wrażenia, że mam do czynienia z tą samą produkcją co na 3DS-ie. Jasne, z dużo lepszą i bogatszą oprawą czy bonusowymi informacjami, ale zasadniczo taką samą jak Starfox 64 3D. Jeśli by liczyć od czasów Nintendo 64, to jest to trzecie wydanie tej samej gry ze zmienioną oprawą. Czy Fox McCloud i ekipa nie zasługują na nową przygodę? Albo może chociaż prequel, w którym śledzilibyśmy losy Jamesa, ojca Foxa?

Grę do recenzji dostarczył Conquest Entertainment.
Tak naprawdę nie wiem, jak ocenić nowego Star Foxa. Z jednej strony to dobra i ładna gra, która potrafi dawać sporo frajdy. Z drugiej strony grając w nią, czułem się, jakbym ponownie przechodził Star Foxa z 3DS-a, tyle że kosztującego więcej i wyglądającego znacznie lepiej. Ta gra to trochę remake, trochę remaster wydanego lata temu tytułu. Rozbudowano tu wiele rzeczy pobocznych, takich jak encyklopedia z wpisami budującymi świat i historię. Ponadto pojawił się tryb multi i dodano różnego rodzaju wyzwania. W środku nadal jest jednak pierwszy Star Fox - ten z Nintendo 64, którego później wydano ponownie na konsoli Nintendo 3DS, a teraz raz jeszcze na Switcha 2. Jeśli nigdy nie grałeś w Star Foxa, to daj mu szansę i spróbuj. Jesteś weteranem i wyczekiwałeś w napięciu na nową grę z Gwiezdnym Lisem? To czy na pewno potrzebujesz, by ktoś Ci mówił, co o niej sądzi?
Plusy:
- jedna z najładniejszych gier na Switch 2
- kampanię można przechodzić wielokrotnie
- wiele dróg i rozgałęzień do celu
- sporo dodatkowej zawartości
- strzelanka na szynach
Minusy:
- praktycznie to samo co poprzednie Star Foxy
- kolejny raz ta sama historia
- krótka kampania
- konieczność wielokrotnego przechodzenia misji celem odblokowania wszystkiego
- strzelanka na szynach
- brak języka polskiego

