[Recenzja] Pokémon Pokopia

Co się stanie, gdy świat Pokémonów opustoszeje, a jedyną nadzieją na jego odbudowę okaże się Ditto? Pokémon Pokopia to nietypowe połączenie cozy symulatora życia, craftingu i eksploracji, który zamiast na walkę stawia na odbudowe świata, relacje i kreatywność. Czy taka formuła sprawdzi się w praktyce?

Pokémon Pokopia to efekt współpracy dwóch studiów, Game Freaka i należącego do Koei Tecmo Omega Force. I już na pierwszy rzut oka widać, że nie jest to klasyczna odsłona serii Pokémon. Zamiast tradycyjnego jRPG-a otrzymujemy produkcję, której bliżej do symulatorów życia i gier sandboksowych, wyraźnie czerpiącej inspiracje z Dragon Quest Builders (za które odpowiedzialne jest wspomniane Omega Force) oraz Animal Crossing. Co istotne, nie jest to jedynie stylistyczny eksperyment – zmiana gatunkowa wynika bezpośrednio z założeń fabularnych.

Gdzie się wszyscy podziali?

Akcja gry osadzona jest w świecie przypominającym spokojniejszą wizję postapokalipsy. Trafiamy do regionu Kanto jako Ditto, który – pozbawiony swojego trenera i fragmentarycznie pamiętający przeszłość – odkrywa rzeczywistość, w której ludzie gdzieś zniknęli, a tętniące niegdyś życiem miasta popadły w ruinę. Ten „cozy postapo” nie opiera się jednak na walce o przetrwanie, lecz na odbudowie dawnego świata. Na wyspie napotkamy Profesora Tangrowtha który mimo swojej obszernej wiedzy również nie zna przyczyn obecnego stanu rzeczy.

To bezpośrednio przekłada się na główną oś rozgrywki. Naszym zadaniem jest próba odnalezienia ludzi, odbudowa środowiska i zapewnienie stworkom przysłowiowego „dachu nad głową”. Mechanicznie przekłada się to na system zadań oparty na odnajdywaniu kolejnych gatunków Pokémonów, tworzeniu dla nich odpowiednich siedlisk oraz rozwijaniu infrastruktury wyspy. To właśnie potrzeby napotykanych stworzeń popychają fabułę do przodu – chcąc odblokować kolejne elementy świata, musimy najpierw zadbać o jego mieszkańców.

Let’s get this place HUMID!

Taką wizje świata świetnie uzupełnia system umiejętności Pokémonów, który stanowi jeden z najmocniejszych elementów gry. Każdy Pokémon (a Pokédex liczy ich łącznie ponad 300) wnosi swoimi skillami coś unikalnego do funkcjonowania wyspy. Co więcej, jako Ditto możemy część tych zdolności przejmować – od prostych czynności, takich jak podlewanie czy ścinanie roślin, po bardziej zaawansowane, typu rozbijanie skał czy nawet pomagające przemieszczać się szybciej po wyspie.

Równolegle do umiejętności Ditto funkcjonują tu zdolności pasywne: jedne Pokémony przyspieszają wzrost roślin, inne umożliwiają przetapianie surowców, jeszcze inne zajmują się oczyszczaniem wyspy i recyklingiem odpadów. W praktyce oznacza to, że nawet mniej popularne stworzenia – jak Trubbish, Bellsprout czy Piplup – zyskują realne znaczenie. Gra bardzo skutecznie zachęca do eksperymentowania i budowania zróżnicowanego ekosystemu, zamiast skupiania się wyłącznie na „najsilniejszych” jednostkach.

Syndrom jeszcze jednego siedliska

Naturalną konsekwencją tego systemu jest rozbudowany crafting. Aby zapewnić Pokémonom odpowiednie warunki, musimy przekształcać środowisko: sadzić rośliny i warzywa, tworzyć meble, budować struktury czy przetwarzać surowce. Mechaniki te łączą się w spójną pętlę – eksploracja prowadzi do zdobywania materiałów, te umożliwiają budowę konstrukcji i domów, a budowa przyciąga na naszą wyspę nowych mieszkańców, którzy z kolei odblokowują kolejne możliwości. Dodatkowo dochodzą elementy gotowania i zarządzania zasobami, które wpływają na nasze zdolności i tempo progresji.

Świat gry zaprojektowano tak, by w naturalny sposób wspierać główną pętlę rozgrywki, opartą na odbudowie i eksploracji. Rdzeń mapy stanowią rozległe lokacje inspirowane miastami regionu Kanto, których układ, kolorystyka i charakterystyczne budowle wyraźnie odwołują się do pierwowzoru. Dla fanów serii jest to nie tylko estetyczny ukłon, ale też subtelna forma narracji środowiskowej – znajome miejsca, pozbawione życia, potęgują wrażenie utraconego świata i wzmacniają chęć jego odbudowy.

Twórcy nie poprzestali jednak na nostalgii i wprowadzili dodatkowe obszary, które istotnie poszerzają zakres aktywności gracza. Dream Island, dostępna dzięki transportującemu nas tam Drifloonowi, pełni funkcję lokacji surowcowej – jej zawartość zmienia się wraz z typem wyspy i resetuje każdego dnia, co zachęca do regularnych powrotów i planowania pozyskiwania materiałów. Mamy też Pallet Town, które funkcjonuje jako swego rodzaju bezpieczna przystań dla kreatywności. To niezależna od fabuły wyspa, na której można w pełni skupić się na budowaniu, eksperymentowaniu z układem przestrzeni czy wspólnej zabawie ze znajomymi w trybie multiplayer. Dzięki temu gra skutecznie równoważy elementy progresji z bardziej swobodną, sandboxową formą rozgrywki.

Zbierz je wszystkie

Całość uzupełnia system wydarzeń sezonowych, który wyraźnie czerpie inspiracje z gier pokroju Animal Crossing. W ciągu roku pojawiają się ograniczone czasowo aktywności oraz unikalne przedmioty dekoracyjne, często tematycznie powiązane z porą roku lub konkretnym świętem. Mechanika ta nie tylko zwiększa różnorodność dostępnych treści, ale też buduje poczucie „żyjącego” świata, który zmienia się niezależnie od postępów fabularnych gracza.

Na tle tych rozwiązań bardzo dobrze wypada oprawa wizualna. Styl graficzny stanowi udane połączenie elementów znanych z Dragon Quest Builders i Minecrafta. Nie brakuje mu jednak własnej tożsamości, szczególnie widocznej w sposobie rysowania animowania Ditto oraz w ogólnym kierunku stylistycznym form i kolorów. Mimo uproszczonej bryły obiektów gra potrafi zaskoczyć poziomem detali, zwłaszcza w przypadku elementów wyposażenia wnętrz czy drobnych dekoracji. Całość działa bardzo płynnie i nie sprawia problemów natury technicznej, choć trudno nie odnieść wrażenia, że skala projektu pozwalałaby na bezproblemowe uruchomienie go także na starszym sprzęcie.

Warstwa dźwiękowa stanowi z kolei udany most między przeszłością a teraźniejszością serii. Ścieżka opiera się na remiksach utworów z pierwszej generacji Pokémonów. Słychać w nich dobrze rozpoznawalne motywy, ale są jednocześnie świeże i zróżnicowane. Dodatkowym atutem jest możliwość kolekcjonowania płyt CD rozsianych po świecie gry i stworzenia własnej playlisty, co – choć jest drobnym elementem rozgrywki – pozwala dostosować doświadczenie do własnych upodobań.

Chef Dente poleca

Pod względem technicznym Pokémon Pokopia prezentuje się bardzo solidnie. W trakcie rozgrywki trudno natrafić na błędy czy problemy wpływające na stabilność działania. Nie oznacza to jednak, że gra jest pozbawiona wad. Najbardziej odczuwalnym mankamentem pozostaje system budowania, który – mimo swojej centralnej roli – potrafi być nieprecyzyjny. Przeskakujący kursor i trudności w dokładnym umieszczaniu elementów sprawiają, że nawet proste czynności bywają momentami frustrujące, szczególnie przy bardziej złożonych konstrukcjach. Częściowo jednak można ten minus przeskoczyć, korzystając z kontrolera w formie myszki.

Drugim problematycznym aspektem jest zarządzanie ekwipunkiem. Choć gra oferuje obszerny asortyment skrzyń i możliwości magazynowania wszytkich surowców, ich działanie ogranicza się do konkretnych lokacji. W praktyce oznacza to konieczność częstego przemieszczania się między wyspami w poszukiwaniu konkretnych materiałów, co potrafi zaburzyć płynność rozgrywki i wprowadzić niepotrzebne przestoje w realizacji zadań.

Grę do recenzji dostarczył Conquest Entertainment.

Rating Image

Mimo kilku niedoskonałości związanych z budowaniem i magazynowaniem surowców Pokémon Pokopia jest produkcją wyjątkowo konsekwentną w swoich założeniach, a przy okazji bardzo grywalną. To tytuł, w którym niemal każdy element – od fabuły, przez mechaniki, aż po strukturę świata – podporządkowany jest idei odbudowy świata i ponownego zaludnienia go. Dzięki temu gra oferuje doświadczenie spójne, angażujące i wyraźnie odmienne od klasycznych odsłon serii. Dla fanów spokojniejszych, kreatywnych produkcji jest to propozycja obowiązkowa, a dla miłośników uniwersum Pokémon – interesujące, świeże spojrzenie na znany świat. Nawet jeśli pewne rozwiązania projektowe wymagają dopracowania, całość broni się pomysłem, klimatem i ogromem interakcji, które sprawiają, że tytuł potrafi wciągnąć na dłużej.

Plusy:

  • wciągająca na wiele godzin produkcja
  • oferuje wręcz nieograniczone możliwości dla fanów gier z budowaniem
  • rozwija kreatywną stronę gracza
  • mnogość detali i przywiązanie do worldbuildingu
  • ogromna jak na standardy serii ilość Pokémonów oraz animacji i interakcji z nimi związanych
  • fabuła wymagająca kontynuacji w kolejnych odsłonach

Minusy:

  • problematyczny dostęp do surowców ze skrzyń w innych lokacjach
  • system stawiania bloków mógłby być trochę bardziej rozbudowany
  • pudełkowa wersja w formie key carda

3 komentarze

  1. Widzę na internecie, że Pokopia to bardzo popularna gra. Wygląda przyjemnie (choć boli mnie strasznie wygląd „głównej postaci”) i pewnie da się pograć wiele godzin.
    Ja sam nie zagram (przynajmniej na razie) bo dużo innych gier czeka w kolejce na ogranie, ale nie wykluczam zgarnięcia i spróbowania w przyszłości w niższej cenie.

  2. Osobiście jestem strasznie rozdarty przez tą grę. Po pierwszych zapowiedziach naprawdę nie mogłem się doczekać premiery, choć już wtedy zapał studziła informacja o wydaniu w formie Game-Key Card zamiast pełnej fizycznej wersji… Takie cozy żyćko, odbudowa wyspy… Animal Crossing połączony trochę z Minecraftem, czy jak się potem okazało Dragonquest Builders. w AC:NH „utopiłem” stetki godzin, a i tak nie mam wyspy na 5*… Tu zapowiadał się bardzo podobny „feel”…
    Kolejne pokazy i „sneak peaki” rozdarły mnie jeszcze bardziej, zwłaszcza jak skupili się na elementach multiplayerowych, które do mnie specjalnie nie przemówiły…
    Po wrażeniach chłopaków na discordzie i recenzji… cóż… gra nadal jest u mnie na wish-liście… Nadal bardzo mnie boli, że to GKC, przez co bardzo mocno się waham czy „pudełko” czy jednak „pełna cyfra”.
    Ogółem nie jestem fanem gier w cyfrowej formie, zwłaszcza tak dużych, i zawsze jak mogę to wybiorę wydanie fizyczne, nawet jakby było trochę droższe. Niestety tu mamy GKC (ale nie będę się nad tym tu rozwodził, bo to w sumie coś co nadawało by się na osobny felieton). Jak się zastanowię to jedyna naprawdę „duża” gra jaką kupiłem w formie cyfrowej na Nintendo Switch to „Starlink. Battle for Atlas” (polecam mocno, zwłaszcza jak uda się dorwać na promocji za ok 30-40zł).
    Czy kupię Pokopię? Pewnie tak i pewnie jakoś niedługo… No ale to znaczy też, że trzeba będzie zrobić przesiadkę z wysłużonego Switch 1 (v2) na Switcha 2 (i co gorsza, moja „kupka wstydu” wcale się dzięki temu nie zmniejszy).

  3. Kolejna gra od Nintendo bez polskich napisów 🤬to naprawdę totalny brak szacunku dla polskiego gracza nie mówiąc już o tym że brak umiejętności liczenia bo dzięki temu zwiększyłaby się sprzedaż , brak polskich napisów to przeszkoda dla dzieci i to nie mała

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *