Seria Fatal Frame, znana również jako Project Zero, nie cieszy się ostatnimi laty najlepszą passą. Jej czwarta, wydana w 2008 roku odsłona skierowana była wyłącznie na rynek japoński, z kolei piąta, z uwagi na ekskluzywność dla Wii U, nie miała najmniejszych szans na osiągnięcie komercyjnego sukcesu. W międzyczasie gatunek horroru przeszedł w świecie gier nie lada renesans – na rynku zadebiutował szereg nowych tytułów oferujących unikatowe doświadczenia. Do świata żywych powrócił Silent Hill, a wujaszek CAPCOM dołożył wszelkich starań, by marka Resident Evil, pomimo sporej konkurencji, pozostała na pierwszym planie. W konsekwencji kultowa bądź co bądź seria zaczęła ginąć w tłumie, znikając powolutku z radaru.

Od pewnego czasu Koei Tecmo stara się jednak uchronić Fatal Frame od całkowitego zapomnienia. W 2021 roku „więzienie” w postaci Wii U opuściło Maiden of Black Water, z kolei dwa lata później status regionalnego rarytasu Japonii utraciło Mask of the Lunar Eclipse. Tym razem, dość spodziewanie, wydawca sięga po najbardziej uznaną odsłonę marki – wydane w 2003 roku na PlayStation 2 Crimson Butterfly. W odróżnieniu od wyżej wymienionych wydawnictw „karmazynowy motyl” jest jednak pełnoprawnym remakiem, obiecując nie tylko zmiany w oprawie graficznej, ale i samej rozgrywce. Czy wprowadzone modyfikacje wystarczą jednak, by przystosować 23-letni tytuł do współczesnych standardów?

Dom(y) w głębi lasu
Crimson Butterfly opowiada historię Mio i Mayu, sióstr bliźniaczek, które podążając śladem tytułowego łuskoskrzydłego, trafiają do zaginionej wioski Minakami – miejsca znanego z licznych opowieści, nieoznakowanego na żadnej z lokalnych map. Upiorna osada dość szybko daje się dziewczętom we znaki – od upadających przedmiotów i gasnących świec, przez koszmarne wizje, aż po konfrontacje „twarzą w twarz” z nawiedzającymi wioskę zjawami. Wkrótce dochodzi do rozłąki protagonistek, a fabuła przybiera charakter misji eskortowej – wcielając się w Mio, ruszamy śladem wabionej przez karmazynowego motyla Mayu, by wspólnie wydostać się z pogrążonej w ciemnościach wioski. Z biegiem wydarzeń bliźniaczki odkrywają kolejne sekrety Minakami, zgłębiając jej mroczną historię.

Fotkę strzel upiorowi
Głównym narzędziem w rękach Mio jest Camera Obscura – tajemniczy aparat zaprojektowany z myślą o przechwytywaniu obrazu spoza świata materialnego. Narzędzie to pozwala nie tylko zaglądać „na drugą stronę”, lecz także bronić się przed atakującymi upiorami poprzez uwiecznianie ich podobizn na filmie aparatu. Ten prosty z pozoru system w praktyce potrafi przysporzyć wielu trudności. Nie każde wykonane przez nas zdjęcie jest bowiem tak samo skuteczne. Liczą się przede wszystkim odpowiednia ostrość oraz uchwycenie w kadrze jak największej liczby „ognisk” – małych kropeczek widniejących na sylwetce każdego z duchów. Odpowiednio długo wyczekane ujęcie stwarza okazję do wykonania tytułowego fatal frame – zdjęcia zadającego krytyczne obrażenia upiorom. Warto szlifować swoje umiejętności, jako że każda z fotografii nagradzana jest punktami, które możemy wymienić, na przykład na lekarstwo. Dokładne zrozumienie wszystkich niuansów „obskurnej kamery” wymaga odrobiny czasu i cierpliwości. Sama gra średnio radzi sobie zresztą z wyjaśnieniem mechanik jej działania. Instrukcje często są zagmatwane i nieprecyzyjne, a niektóre z nich, nie wiedzieć czemu, wyświetlają się po fakcie.

Jako że nie samą nekrofotografią człowiek żyje, rozgrywkę w Crimson Butterfly dopełnia eksploracja. Wioska Minakami, choć do największych nie należy, ma swoje zakamarki, w które warto poświecić trochę latarką. W zaułkach osady najczęściej natrafiamy na wszelakiej maści klisze do aparatu o zróżnicowanych właściwościach. Jedne sprawią, że fotograficzne egzorcyzmy zadadzą upiorom większe obrażenia, inne umożliwią szybsze „przeładowanie”. Nowych informacji o samej wiosce oraz zamieszkujących ją niegdyś rodzinach dowiadujemy się z rozsianych na prawo i lewo notatek. Czytanie tych krótkich zapisków nie jest co prawda konieczne (Crimson Butterfly REMAKE ma tendencje do trzymania gracza za rękę i podsuwania wszystkich odpowiedzi pod nosek), ale zignorowanie ich z pewnością odebrałoby nieco magii całemu doświadczeniu. Fatal Frame nie jest przecież serią kładącą nacisk na akcję. To gra o powolnym tempie, gdzie napięcie budowane jest przede wszystkim przez ponurą atmosferę – starcia z duchami pełnią tu swego rodzaju przerywnik.

Wypalenie zawodowe nie szczędzi nikogo – nawet nekrofotografów
Ukończenie „karmazynowego motyla” zajęło mi nieco ponad 16 godzin. Być może posiedziałbym przy nim nieco dłużej i odblokował pozostałe zakończenia, gdyby nie dwie istotne kwestie. Po pierwsze, mniej ważne, finał, który zobaczyłem, w pełni mnie ukontentował. Po drugie, ważniejsze, gra trochę mnie wymęczyła. Crimson Butterfly od początku do końca zachwyca posępnym klimatem, jednak z immersji zbyt często wyrywa nas kulejący gameplay. W pierwszych godzinach zabawy frustrację budziła we mnie sama Camera Obscura. Wspomniałem już, że dojście do wprawy w cykaniu fotek zajęło mi trochę czasu. Sęk w tym, że kiedy już poczułem się w pełni komfortowo za obiektywem, rozgrywka stała się do bólu schematyczna i powtarzalna (niekoniecznie łatwiejsza). Napotykane upiory różnią się co prawda od siebie – niektóre rzucają pochodniami, inne pełzają po ziemi niczym gady, a jeszcze inne dryfują w powietrzu – jednak sama walka za każdym razem wygląda z grubsza identycznie. Pstryk, unik, pstryk, pstryk, unik.

Chcąc urozmaicić nieco fotoegzorcyzmy, twórcy wprowadzili do gry nowy wskaźnik. Obok standardowego paska zdrowia pojawił się indykator siły woli. Przyjmowanie obrażeń, przechodzenie przez sylwetki upiorów czy uciekanie przed nimi odbierają bohaterce rzeczoną siłę. Kiedy jej wartość spada do zera, zjawy mogą powalić nas na ziemię. Dostajemy wtedy jedną szansę na wykonanie zdjęcia, które przepędzi ducha. W przeciwnym razie odniesiemy znaczące obrażenia. Mimo to z czasem pstrykanie fotek zamieniło się w przykry obowiązek, którego za wszelką cenę próbowałem uniknąć. I momentami mogłem sobie na to nawet pozwolić dzięki nowo dodanej mechanice skradania. Ech, gdyby tylko działała ona tak, jak powinna… Duchy często dostrzegały mnie w miejscach, w których widzieć mnie nie powinny, z kolei sama Mio ślimaczyła się jak… ślimak. Tempo rozgrywki spadało jeszcze bardziej, wzrastało za to znużenie i zmęczenie materiałem.

I w tym tkwi chyba mój największy problem ze starym-nowym Fatal Frame – rozgrywka zbyt szybko staje się nudna i przewidywalna. Deweloperzy, decydując się na zachowanie jak największej wierności względem oryginału, postawili się w trudnej sytuacji. Owszem, nowo dodane elementy, takie jak ulepszenia aparatu, filtry czy krótkie side-questy rozbudowujące lore, wprowadzają do gry pewien powiew świeżości, ale fundamenty rozgrywki Crimson Butterfly REMAKE pozostają w pierwszej dekadzie XXI wieku. To remake starej gry, w który gra się jak w nieco nowszą, ale nadal starą grę. Być może takie podejście zadowoli wiernych fanów serii. Ja odczuwam jednak pewien niedosyt, bo jeśli faktycznie celem deweloperów z Team Ninja było przystosowanie Crimson Butterfly do współczesnych standardów, to misja nie do końca się powiodła. Historia Mio i Mayu zasłużyła na znacznie więcej.

Oprawa na szóstkę – może nawet trzy
Słowa uznania należą się za to za oprawę audiowizualną. Po zobaczeniu pierwszych materiałów promocyjnych miałem drobne zastrzeżenia co do nowej, na pierwszy rzut oka „cukierkowej” szaty graficznej. Brakowało mi typowej dla gier z ery PlayStation 2 szarości, przypadkowo nadającej horrorom z tamtego okresu ponurej atmosfery. Na szczęście Crimson Butterfly REMAKE wygląda jak należy – spowite mgłą lasy, opuszczone drewniane domostwa i zrujnowane świątynie tworzą tajemniczą, nastrojową atmosferę. Całości dopełnia doskonała oprawa dźwiękowa, wynosząc tytuł na wyższy poziom immersji. Szelest liści, cykot świerszczy i skrzypienie drewnianych podłóg potęgują wrażenie izolacji, a zastosowanie dźwięku przestrzennego sprawia, że nasz słuch staje się istotnym narzędziem w walce z upiorami – możemy je bowiem namierzyć, wsłuchując się w ich powolne kroki i ciche szepty. Żeby nie było zbyt kolorowo, gra cierpi na pewne problemy natury technicznej – nie dość, że celuje w 30 klatek na sekundę (a przydałoby się 60), to zdarza jej się lekko „chrupnąć”. Problem ten występuje ponoć również na innych konsolach. Pozostaje więc mieć nadzieję, że zostanie w przyszłości załatany, choć na podniesienie framerate’u do 60 klatek chyba nie ma co liczyć.
Za egzemplarz recenzencki dziękujemy KOEI TECMO EUROPE.
Nie jestem pewien, do kogo skierowany jest Crimson Butterfly REMAKE. Być może do wiernych fanów oryginału, choć ci najbardziej zagorzali zapewne skreślili go już przy pierwszej zapowiedzi. Nowi, niezaznajomieni z cyklem gracze również mogą się od niego odbić - wprowadzone usprawnienia i modyfikacje są w porządku, jednak całość nadal trochę trąci myszką. Fatal Frame to seria, która potrzebuje potężnego wstrząsu, by przetrwać w tłumie zalewających rynek gier horrorów. Crimson Butterfly REMAKE jest tytułem poprawnym, ale trochę zbyt zachowawczym i zbyt mocno zakorzenionym w miejscu, w którym cykl zatrzymał się 12 lat temu. Jeśli jednak jesteście skłonni przeboleć archaiczną rozgrywkę, by poczuć dreszczyk japońskiej szkoły horroru, "nowy" Fatal Frame będzie słusznym wyborem.
Plusy:
- Wspaniała oprawa audiowizualna
- Potrafi przestraszyć
- Angażująca fabuła
- Wprowadzone nowości wzbogacają nieco rozgrywkę
Minusy:
- Schematyczna i nużąca na dłuższą metę rozgrywka
- Drobne problemy techniczne

