
Kochacie klasyczne jRPG-i? Marzycie o rimejku Chrono Triggera? Przebieracie się na karnawał za Kefkę Palazzo z Final Fantasy VI? To pewnie graliście w jakiegoś Dragon Questa. To seria tak stara, że za klasyczne uważane są nawet jej siódma czy ósma odsłona. I nikogo nie powinno to dziwić, bo obie liczą sobie ponad 20 lat, a za konsole retro coraz częściej postrzega się pełnoletnie już PS3 i Xboksa 360.
Na szczęście Square Enix odrestaurowuje kolejne Dragon Questy, by mogli w nie pograć nie tylko 50-letni Japończycy, ale również młodsi miłośnicy elektronicznej rozgrywki, dla których niektóre archaizmy mogłyby być nie do przełknięcia. Na 3DS-a dostaliśmy świetne rimejki wspomnianych odsłon z numerami siedem i osiem, rok temu na sklepowe półki trafiła część trzecia w wersji HD-2D, a już na początku nowego roku ukaże się kolejne wznowienie siódmej odsłony, tym razem w kreskówkowym stylu graficznym.
Jeśli komuś tego za mało, to między „trójką” a „siódemką” światło dzienne ujrzała gratka dla sympatyków naprawdę klasycznego jRPG-owania. Dragon Quest I & II HD-2D Remake to najnowsze (bo nie pierwsze, by wspomnieć chociażby wersje na telefony) odświeżenie dwóch pierwszych odsłon serii. Czy gry sprzed prawie 40 lat da się przerobić tak, aby dało się w nie grać także dziś? No da się. Ale czy będzie to granie z przyjemnością? To już inna sprawa.

Zaburzona numeracja
Część z was zastanawia się pewnie, czemu właściwie rimejki „jedynki” i „dwójki” ukazują się po odświeżonej „trójce”. Jest tak dlatego, że fabularnie dzieją się one później. W części pierwszej wcielamy się w potomka protagonisty trzeciej odsłony. Jako przybysz nie wiadomo skąd wyruszamy w podróż na zlecenie króla zamku Tantegel, aby ocalić księżniczkę i zgładzić wielkiego złodupca Dragonlorda, który chce zniszczyć świat.
Fabuły byłoby na tyle. Z jednej strony historia nie mogła być bardziej sztampowa, z drugiej strony czego oczekiwać od liczącej cztery dekady gry, powszechnie uważanej za ojca gatunku. Nie inaczej jest z rozgrywką. Wędrujemy po mapie świata i penetrujemy kolejne lochy, tocząc losowe walki w turach. Nie mamy nawet drużyny – jedyną grywalną postacią jest nasz główny bohater, odgrywający jednocześnie role wojownika, czarodzieja i kapłana.

Piszę to z bólem serca, ale pierwszy Dragon Quest nie wytrzymał próby czasu. Myślę, że rimejk nie był w stanie go uratować, chyba że twórcy wprowadziliby w nim tyle zmian, że stałby się inną grą. Historia jest szczątkowa i pretekstowa – ot, idź gdzieś, żeby zdobyć klucz, który pozwoli Ci się dostać w miejsce, gdzie spotkasz postać, która powie Ci, gdzie iść dalej. I tak, ostatnim bossem jest smok, gdybyście się zastanawiali, skąd ten tytuł.
Nie pomaga fakt, że nowa wersja jest dłuższa niż oryginał – na jej przejście trzeba poświęcić nie kilka, a kilkanaście godzin. Całość nieco ratuje charakterystyczny dragonquestowy humor, ale szybko zacząłem czuć, że chcę po prostu ukończyć tę grę z recenzenckiego obowiązku i przejść do sequela.

Książęta i księżniczki
Sequela, który zaczyna się ciekawiej. Tym razem to główny złodupiec atakuje nas, a konkretnie zamek Moonbrooke. Wieść o jego upadku dociera do królestwa Midenhall, a jego władca wysyła swojego syna – a zarazem głównego bohatera – żeby zbadał sprawę.
Ów syn jest trochę przegrywem, bo nie umie rzucać czarów i niektórzy śmieją się z niego z tego powodu. Nie kończy jednak na Wykopie, obrażając kobiety. Staje się tak głównie z dwóch powodów: po pierwsze potrafi sprawnie posługiwać się mieczem, a po drugie po drodze łączy siły z następcami tronu innych królestw – będących jednocześnie, podobnie jak on, potomkami głównego bohatera części pierwszej. Wspólnie stawiają oni czoła złu, które zagraża całej ludzkości.
Choć pod względem rozgrywki „dwójka” nie różni się znacząco od poprzednika, to wędrówka w większym gronie robi sporą różnicę. Do naszej drużyny szybko dołączają roztrzepany i czasem paplający bez pomyślunku, ale zawsze honorowy książę Cannock, a także mierząca się ze śmiercią ojca i powoli otwierająca się przed nami księżniczka Moonbrooke. Nie są oni co prawda tak ciekawymi towarzyszami, jak niektórzy kompani z „ósemki” i „jedenastki” (Sylvando takes the stage!), ale interakcje między nimi są naturalne i chętnie je śledziłem.

Co więcej, względem oryginału w rimejku do naszej ekipy dołącza jeszcze jedna postać. To następna księżniczka i zarazem nasza kuzynka, a jakże. Ta charakterna dziołcha sprawia, że wewnątrzdrużynowe interakcje są jeszcze barwniejsze. Szkoda, że w większości scenek główny bohater odgrywa jedynie rolę statysty. Trzeba mu jednak wybaczyć, bo natura, oprócz talentu magicznego, poskąpiła mu także zdolności mowy.
PS powraca brytyjski dubbing, który choć oszczędny i więcej go nie ma, jak jest, to jak zwykle w serii robi robotę. Tylko ta mowa stylizowana na staroangielszczyznę… nierzadko naprawdę trudno było mi się połapać, co ktoś do mnie mówi.

Kolacja przy świecach
W „dwójce” zyskała również eksploracja. Do zwiedzenia mamy znacznie większy świat, w tym kontynent znany z „jedynki”, który jest jednak mniejszy i wykastrowany. Jeśli pamiętacie Kanto z Pokemon Gold & Silver, to wiecie, o czym piszę. A jeśli chodzi o to, co mamy w tym świecie do zrobienia, to… bywa różnie. Z jednej strony nie obeszło się bez sztampy typu „zbierz pewną liczbę pewnych gratów, żeby popchnąć fabułę do przodu”. Z drugiej strony świat jest naszą ostrygą i możemy go zwiedzać niemal dowolnie. Najwyżej dostaniemy wciry, jeśli udamy się w miejsce, gdzie grasują silniejsze od nas potwory.
Większy świat z dodatkową zawartością sprawia, że odświeżona „dwójka” jest znacznie dłuższa zarówno od oryginału z 1987 roku, jak i odrestaurowanej części pierwszej. Na przejście całości, bez spieszenia się, potrzebowałem około 40 godzin. Zajęło mi to jakiś miesiąc grania, bo gra potrafi się dłużyć – po łażeniu po lochach i toczeniu losowych walk przez godzinę czy półtorej zazwyczaj nie miałem ochoty na robienie tego samego przez kolejnych kilkadziesiąt minut. Ale Dragon Questy są jak lampka wina na romantycznej kolacji przy świecach, a nie czteropak najtańszego piwa Tesco marki Tesco wyżłopany przed telewizorem. Z nimi trzeba powoli, rozkoszując się, w akompaniamencie orkiestrowej muzyki.

Coś dla współczesnych graczy
Przygotowując rimejki, Square Enix i ich pomocnicy ze studia Artdink zadbali nie tylko o odświeżoną oprawę graficzną, ale także szereg usprawnień. Możemy na przykład włączyć oznaczenie celów podróży na mapie. Czasami pomaga to odnaleźć lokację zdefiniowaną przez postać poboczną jako „to gdzieś tam na północy, synek”, ale czasem całkowicie trywializuje poszukiwania, więc polecam używać tej opcji z rozwagą. Autosave (który można wyłączyć) jest z kolei tak potężny – stan rozgrywki jest zapisywany po każdej walce – że nie ma co sejwować klasycznie, w kościele. A jeżeli macie pięć lat lub nie lubicie grać w gry wideo, to możecie włączyć sobie niewrażliwość na obrażenia i nie skrzywdzi was nawet najgroźniejszy slime.
I tak sobie myślę, że to fajnie, że są te wszystkie opcje, bo dzięki nim nasze wiecznie rozproszone pokolenie, z mózgami przeżartymi od przewijania mediów społecznościowych, jest w ogóle w stanie się za te pozycje zabrać. Gdyby nie one, pewnie nigdy bym tych gier nie przeszedł, a tak mam trylogię Erdricka za sobą. Ech, kiedyś to się grało w jRPG-i godzinami, zapominając o całym świecie, a teraz co jakiś czas kusi sprawdzić, co tam nowego w sieci… O, właśnie dostałem powiadomienie, że rolnik przelał wypłatę. Będzie za co kupować kolejne gry do recenzji, huzzah!
Bardziej odświeżonych pierwszych dwóch Dragon Questów nie znajdziecie. Jeśli chcecie zapoznać się z tymi grami, to i tak nie macie innego wyboru. Jeśli zastanawiacie się, czy chcecie, a nie graliście jeszcze w „trójkę”, sięgnijcie po nią, bo jest chronologicznie pierwsza.
Plusy:
- Dragon Quest II HD-2D Remake
Minusy:
- Dragon Quest I HD-2D Remake

