[Recenzja] Kirby Air Riders

Różowy Kulek w natarciu!

Z żywych umarły, z umarłych żyw

Masahiro Sakurai nie ma łatwego życia. Po latach stresującej pracy, kiedy to oddał w ręce graczy swoje opus magnum, jakim jest Smash Bros. Ultimate, mógł wreszcie odpocząć… tylko po to, żeby nakręcić na swój kanał Youtube serię filmów o procesie twórczym tworzenia gier i zniknąć w otchłani. W otchłani, z której to z kolei został wyciągnięty przez możnowładców Nintendo i zaprzęgnięty do pracy na nowo. Efektem tego cyrografu, przynajmniej jedynym znanym na ten moment, jest duchowy następca (sequel?) jego mniej docenianego, ale kochanego „dziecka” z konsoli GameCube w postaci omawianego dziś Kirby Air Riders.

Kolejny „kart” racer?

Tak, Kirby Air Riders to kolejne wyścigi „kartów” w młodej bibliotece Nintendo Switch 2. Ba, to kolejny przedstawiciel tego gatunku wydany przez samego producenta konsoli i o dziwo, a może nawet na szczęście, jest w tym wszystkim na tyle inny, że z powodzeniem koegzystuje z tą grą z Mario w tytule znaną z prostych dróg… ale mniejsza o niej.

Kirby Air Riders prezentuje zupełnie inny styl gry. Sterowanie odbywa się z pomocą gałki i dwóch przycisków. Pierwszym jest hamulec, który zatrzymuje naszą maszynę, jednocześnie ładując jej „turbo” odpalane po jego zwolnieniu. Przycisk ten jest równocześnie przyciskiem kontekstowym do połykania przeciwników czy używania przedmiotów złapanych na trasie. A każda z tych czynności nie tylko daje nam dodatkowe miniturbo, ale też ładuje zdolność specjalną wybranego jeźdźca. Drugi przycisk służy z kolei wyłącznie do odpalenia ataku specjalnego. Jest to jego jedyna dedykowana funkcja. Sterowanie z gatunku łatwych do nauki, ale trudnych do opanowania mistrzowsko.

Zawsze Dwóch ich jest

Jeźdźcy i ich Maszyny to ciekawy sposób na balansowanie gry. Każda z postaci i pojazdów ma swoje unikatowe cechy, które w zależności od własnego stylu gry mogą być zarówno klątwą, jak i błogosławieństwem. Nieco wolniejsza kombinacja powyższych, jak DeDeDe jadący na TankStar, może być gorsza w wyścigach, ale z kolei strasznym bólem w kości ogonowej, gdyby trzeba było się bić. W momencie pisania tego tekstu nie wyłonił się żaden znany mi meta zestaw, więc daję Sakuraiowi kredyt zaufania, że można czerpać radość, jadąc każdą z postaci w kombinacji z każdym pojazdem i w każdym trybie, jeśli tylko odpowiednio wykorzysta się ich mocne strony i uda zniwelować ich słabości. A co do trybów, to mamy ich trzy… i pół, ale po kolei.

3, 2, 1… Jazda!

Air Ride – pierwszy tryb i niejako tytułowy to uczciwe wyścigi, gdzie do sześciu graczy staje w szranki na jednej z 18 tras. Połowa z nich to co prawda rekreacje tras z pierwszej odsłony, ale zważywszy na to, że nikt w nią nie grał, to dla 90% ludzi będą one klasyczne tylko z nazwy. Tak czy tak, ty, przeciwnicy i poczucie prędkości. Wszystko to znajdziesz tutaj.

Top Ride – ta odmiana wyścigów pokazuje całą trasę, a tryb ten ma ich własny zestaw 9, widzianych z lotu ptaka. Co prawda trasy są mniejsze niż w Air Ride, ale za to tryb ten pozwala na jazdę ośmiu zawodnikom naraz. W połączeniu z obfitym rzucaniem przedmiotów na trasę czyni go lepszą z opcji imprezowych. Taki trochę Super Smash Bros. na kółkach w perspektywie znanej z Micro Machines czy innej bardzo starej gry typua utka. A gdyby tego chaosu było mało to jest jeszcze…

City Trial – chyba najbardziej dopieszczony i lubiany tryb zarówno w oryginale, jak i obecnej odsłonie. Zaczynając grę, wybieramy tylko postać i jesteśmy rzucani na Skyah, archipelag latających wysp. To, co nas tam czeka, to 5-minutowy wyścig zbrojeń zwieńczony konkurencją stadionową. Czasem wybieramy na koniec jedną z czterech, czasem wszyscy biorą udział w tej samej i jest ona obwieszczana przed startem gry. Kiedy mamy na mapie przykładowo 16 graczy i wszyscy rywalizują o dopalacze szybkości, bo na końcu odbędzie się wyścig, potrafi być chaotycznie, gorąco i wybuchowo. Z kolei kiedy zdobędziesz legendarną maszynę znaną z prędkości i na koniec wybierzesz ten sam wyścig, może się okazać, że wygrywasz z automatu bo inni gracze, widząc twoje poczynania na Skyah, odpuścili całkowicie. Ilu graczy, tyle strategii. Ja na przykład lubię atakować graczy, jeżdżąc Daroachem i podkradając im statystyki. Nawet nie jest mi z tego powodu przykro.

Oscarowa Rola

W grze znalazł się też tryb fabularny. Niby nic wielkiego – ot, jedziemy naprzód, co jakiś czas wybierając jedno z trzech wyzwań. W nagrodę dostajemy dodatkowy poziom którejś ze statystyk i tak do samego końca przygody. Wyzwania te są miszmaszem pozostałych trybów i stanowią dobry trening przed zaznajomieniem się z paletą zawartości, jaką oferuje ta pozycja. Dodatkowo co jakiś czas odblokowuje się też część filmowa opowiadająca „Co jak, dlaczego i skąd w ogóle te maszyny”. Jeśli Subspace Emissary ze Smash Bros. Brawl brzmi dla was znajomo, to mniej więcej wiecie, jakiej jakości, tyle że w HD, się spodziewać. Bardzo solidna robota.

ParTY

Jako że za sterem stoi pan Sakurai, to wszystko to jest obsypane bardzo dużą dawką posypki dodatkowej. Ot, chociażby Menu przywodzące na myśl inne jego gry, między innymi wspominane Smashe. Mamy mnogość opcji dostosowania rozrywki, w tym ułatwień dostępu, takich jak rozmiar fontu, ukrywania UI, wspomagającego celownika czy nawet filtrów kolorów, aby ułatwić odbiór pozycji osobom z trudnościami w ich rozróżnianiu. Każdy z trybów ma swoje opcje dostosowania, żeby dopasować rozgrywkę pod aktualne potrzeby. 1 na 1 bez przedmiotów 20 okrążeń? Nic nie stoi na przeszkodzie. Dodatkowo każdy z trybów ma 150 mniejszych lub większych wyzwań z różnymi nagrodami: od nowych tras, przez muzykę, aż po nowe maszyny i ich elementy.

CustomizacJA

Każdy normalny producent gier pewnie na tym by poprzestał, ale zespół pod wodzą Sakuraia musiał dodać coś jeszcze – szaloną opcję kalkomanii. Za każdy przejechany dystans podczas gry dostajemy „mile”, które z kolei możemy wymienić na elementy graficzne w sklepiku. I w przeciwieństwie do innej gry wyścigowej z 1000+ bezużytecznych naklejek, tutaj faktycznie robią one robotę. Możemy przyozdobić nasze prawko jazdy, dając upust fantazji i tworząc odpowiedni karty gildyjnej z Monster Huntera. Możemy też pomalować każdy z dostępnych bolidów, jak tylko nam się podoba. Co prawda nie jest to zabawa pozwalająca na aż taką swobodę jak na przykład w serii Forza u konkurencji, ale mimo ograniczeń da się złożyć całkiem ciekawe kompozycje, a nawet wystawić je na sieciowy rynek, by mogli je kupić inni gracze. Widziałem kilka bardzo szalonych projektów i jestem pod wrażeniem.

I wreszcie artyzm

Całość domyka bardzo dobra warstwa artystyczno-techniczna. Gra nie dość, że prezentuje się mega kolorowo i bajecznie, to do tego działa w 60 klatkach bez zająknięcia, i to chyba nawet w mitycznym 4K? W każdym razie w 1080p nie napotkałem żadnej czkawki. A muzyka? Wow. Noriyuki Iwadare, Shogo Sakai, Akira Miyagawa – ten tercet kompozytorów zrobił robotę na poziomie klasy światowej. Każdy utwór brzmi świetnie, niezależnie od tego, czy to kompozycja nowa dla serii, czy aranżacja znanego klasyka. Każdy na wskroś Kirbastyczny i niedający się pomylić z inną serią.

 

 

Grę do recenzji dostarczył ConQuest Entertainment, oficjalny dystrybutor Nintendo w Polsce

 

 

Rating Image

Jedyna konkluzja, jaką jestem w stanie wydać, to: lepsze niż Mario Kart World. Tu po prostu wszystko gra. Polecam mocno i do zobaczenia na szosach?

Plusy:

  • Muzyka
  • Szybkość
  • Różne Tryby zabawy

Minusy:

  • Brak planowanych większych rozszerzeń / DLC (dla niektórych może być plusem)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *