[Recenzja] Hyrule Warriors: Age of Imprisonment

Tak jest! Wracamy do starć z kategorii 1 vs 1000! Nowe Hyrule Warriors kolejny raz nie zawodzi i zadowoli każdego fana musou - i nie tylko!

Jestem trochę w szoku, jak ten czas leci. Gdyby ktoś mi powiedział, że Hyrule Warriors: Age of Calamity trafiło na pierwszego Nintendo Switcha 5 lat temu, to bym się z nim chyba zaczął spierać, że na pewno nie było to tak dawno. Mimo wszystko doczekałem się kolejnej części jednego z moich ulubionych spin-offów! Czy Hyrule Warriors: Age of Imprisonment rozwija ideę z poprzedniczki i czy tym razem bebechy konsoli dają radę? Przeczytacie o tym poniżej, w mojej recenzji.

Jest, jak jest Calamo, trzeba sobie radzić



Hyrule Warriors: Age of Calamity spokojnie rozgościło się na mojej liście najfajniejszych 10 gier, które ograłem na pierwszym „Pstryku”. Z tego miejsca dziwię się, że nie napisałem wtedy recenzji, ale to nic nie szkodzi, bo Age of Imprisonment wypada lepiej od swojej poprzedniczki. Jeśli nigdy nie mieliście styczności z serią Warriors, to wiedzcie, że jest to gra z gatunku musou. Teraz to dopiero napisałem kodem, co? Żaden problem, już tłumaczę. Musou to taki gatunek gier wideo, gdzie z założenia jedną kontrolowaną postacią wbijamy na arenę i tam niszczymy całe bataliony, jak nie armie wrogich nam oponentów. Zazwyczaj sami, a czasami z drobną pomocą. Za grę odpowiadają magicy z Omega Force, którzy na co dzień odpowiadają przed szefami z KOEI TECMO. To właśnie Ci ludzie wspólnie z Nintendo stworzyli wszystkie trzy części. Jeśli mam być szczery, to są jedynymi osobami na świecie, którzy się na tym gatunku znają i wszyscy gonią do nich, kiedy tylko chcą zrealizować podobny pomysł (zrobić grę musou opartą na znanej licencji).

Świetne są misje, w których latamy i strzelamy do wszystkiego, co się rusza!



Age of Calamity było w moim mniemaniu najlepszą grą w swoim gatunku. Dlaczego tak uważam? Otóż był to spin-off niemal idealny. Nie tylko wypełnił pustkę Linkowych przygód pomiędzy kolejnymi dużymi częściami The Legend of Zelda, ale również sprawnie rozszerzył wątki opowiadane w głównej historii. Tego samego spodziewałem się po Age of Imprisonment i dokładnie to dostałem. Historia ukazana w AoI pozwoli poznać nam przenieść się na 2000 lat przed wydarzeniami znanymi z Tears of the KingdomZelda, używając Kamienia Czasu, cofnęła się do przeszłości, gdzie spotkała pierwszą parę królewską Hyrule. Taki zabieg pozwolił na całkiem ciekawe poprowadzenie historii. Zelda nie tylko zdradziła całą historię królowi Rauru, ale pomogła z przypilnowaniem Ganona. Jak to się skończyło, wszyscy wiedzą, ale jak do tego doszło, dowiecie się, grając w grę. Nie zabraknie zwrotów akcji i niespodziewanych sytuacji! Dla mnie historia trzyma się kupy i nawet na moment nie czułem, że ktoś coś próbował naciągać na siłę.

Czasem to się tyle zadań odblokuje, że nie wiadomo, od czego zacząć!



Fabuła fabułą, ale Warriorsy to przede wszystkim rozgrywka. Od razu dodam, że bardzo miodna, bo nie pamiętam, kiedy ostatni raz ukończyłem grę na 100% przed napisaniem recenzji. Zazwyczaj zaraz po zobaczeniu napisów końcowych siadam do komputera i zaczynam klikać tekst. Jednak tym razem wsiąknąłem na dobre i nie oderwałem się aż do momentu, w którym wskaźnik odkrycia mapy nie wskazał 100%. Rozgrywka jest prosta, ale jednocześnie zręcznościowa na tyle, że sprawia masę frajdy, nie nużąc przy tym na dłuższą metę. Pewnie dobrym wyborem było postawienie na w miarę krótkie zadania. Poza głównymi misjami chyba nigdy nie spędziłem w żadnej dodatkowej misji ponad 10 minut. Te główne za to często trwały i ze 20 minut, a jest ich całkiem sporo.

Unik w idealnym momencie zawsze w cenie



Najważniejsze jednak było wycinanie w pień kolejnych dziesiątek wrogów. Już w pierwszej misji w podziemiach czekają na nas setki żabek do skasowania. Tak jak we wcześniejszej części naszymi podstawowymi ruchami są dwa ataki: lekki i ciężki. Każda postać ma kilka kombosów, a te odblokujemy, wykonując kolejne misje poboczne. Poza tym mamy kilka opcji defensywnych, takich jak blok i uniki. Przyznam szczerze, że ani razu nie użyłem bloku w trakcie gry. Dzięki temu, że gra działa bardzo płynnie, to skupiałem się na wykonywaniu uników w ostatnim momencie, co pozwala na wymierzenie wrogowi serii ciosów za darmo.

Wraz z kolejnymi atakami ładujemy dwa paski. Pierwszy pozwoli nam użyć specjalnego ataku obszarowego, który zmiecie z planszy większość podstawowych wrogów. W porównaniu do Age of Calamity siła specjala została mocno osłabiona i nawet mając 100 poziom bohatera (maksymalny) i 20 poziom broni (również maksymalny), zabierałem tym atakiem jakieś 5% życia. Drugi pasek jest o wiele skuteczniejszy, gdyż odpowiada on za ataki synchronizowane. Gdy wypełni go dwójka bohaterów, to mogą wykonać łączone ataki. Te dają satysfakcję, gdyż poza sporymi obrażeniami łamią zbroje silniejszych oponentów.

Przed każdą misją możemy sobie ugotować szamkę, która wpłynie pasywnie na nasze zdolności podczas starć



To właśnie wykorzystywanie słabych punktów wrogów jest głównym sposobem na pokazanie, kto dominuje w Hyrule. Prawdziwi wojownicy tylko czekają, aż rywal rozpocznie przygotowania do mocarnego ataku. To idealny moment, aby wybić mu go z głowy, używając odpowiedniego z unikalnych ruchów. Dane ataki zależą od noszonego oręża oraz od tego, co odblokujemy w zadaniach pobocznych. Nie ma jednak opcji, abyśmy nie mieli potrzebnego narzędzia pod ręką.

À propos narzędzi, to w grze tych jest całkiem sporo. Za taki stan rzeczy możemy podziękować Zonai i Mineru. O ile w Age of Calamity wykorzystywaliśmy do zabawy gimmicki (wpływ na fizykę) znane z Breath of the Wild, to tutaj dostaliśmy pełną gamę tych z Tears of the Kingdom. Rakiety, miotacze, dmuchawy – mamy tego tutaj trochę i stały się one istotnym elementem rozgrywki. Co prawda nie możemy sobie budować własnych robotów, ale możemy te dostępne łączyć. W kilka sekund z takich kombinacji możemy wyczarować chociażby ogniste tornado! Ochoczo sklejałem te skomplikowane atrakcje wraz z atakami za pomocą znalezionych przedmiotów (Fuse), dzięki czemu w iście błyskawicznym stylu rozprawiałem się z całymi zastępami wrogów.

W grze znajdziemy kilka sklepów, które pomogą nam wypełnić warunki niektórych zadań



Istotny wpływ na zróżnicowaną rozgrywkę ma również dostępna gama postaci, nad którą możemy przejąć kontrolę. Na początku miałem pewne obawy, że przez używanie tego samego typu broni postacie będą bardzo przypominać siebie nawzajem. Jednak już po kilka minutach z każdym kolejnym bohaterem czuć było, że martwiłem się niepotrzebnie. Nie czułem, że żadna postać to kolejny klon z inną skórką. Ludzie z OMEGA FORCE zadbali o kilka różnych mechanik, które pozwoliły wyróżniać się poszczególnym postaciom. A to trzeba wciskać w odpowiednim momencie przycisk, aby kontynuować atak, a to Zelda może cofać czas, a to jakieś lasery, czy też GIGABOT u Mineru.

Ja najczęściej jednak grałem dwoma postaciami, Calamo oraz Ardi. Ten pierwszy to Korok, który jest jedną z głównych postaci napędzających historię. Śledząc jego losy, dowiecie się co nieco o lesie Deku :) A wracając do rozgrywki, to śmigałem nim dlatego, że jest on żywiołowym bożkiem. Potrafi porazić prądem, podpalić, zmoczyć czy zamrozić, a jak mam ochotę, to zrobi i nalot bombowy. Z kolei Ardi jak żadna inna postać za pomocą swoich ataków pozwalała mi się czuć niczym Thor w Marvelu – najsilniejszy z Avengersów.

Ardi szybko stała się jedną z moich ulubionych postaci w grze za sprawą burzliwych umiejętności



W grze trochę słabo wypadają tak naprawdę tylko dwa elementy. O drugim wspomnę w następnym akapicie, a tym pierwszym zajmę się już teraz. O ile sama walka nie jest nużąca, o tyle fajnie by było, gdyby w grze znalazły się jakieś dodatkowe zadanka. Zdecydowana większość misji polega na przefrunięciu przez armię wrogów. Jest chyba tylko jedno zadanie, w którym musiałem eskortować jakiegoś towarzysza. Na pewno można by zrobić coś więcej,w tej kwestii. Sytuację trochę ratują misję w przestworzach, gdzie rozgrywka zamienia się w strzelankę na szynach. Calamo wskakuje wtedy na grzbiet (?) konstrukta i razem niczym w Top Gun przeprowadzają misję ziemia-powietrze. Świetnie się przy tym bawiłem i przez chwilę miałem ochotę wrócić znowu do Skyward Sword. Niestety tych misji jest tylko kilka, więc szybko pozostawiły u mnie (fana Panzer Dragona) niedosyt.

Poza tym w tego typu produkcji widziałbym nawet jakiś element budowania bazy i ochrony jej przed najazdami – coś podobnego do rajdów potworów w Monster Hunter Rise lub Ys VIII. Ośrodki, jakie spotkamy na mapce, to tylko jakieś wypychacze czasu i niezbyt czuć, aby wnosiły coś do głębi rozgrywki – ot, to kolejne sklepiki z różnymi walutami. Dużo się namęczyłem przy zadaniach pobocznych. Każda postać ma swoje questy, które otwierają kolejne etapy rozwoju, więc jeśli chcecie wymaksować swojego ulubionego bohatera, to nie ma zmiłuj, trzeba kombinować.

Cała paczka razem!

Gra świetnie wygląda od strony technicznej. Ale co tu się dziwić, skoro zajmuje aż 42 GB na dysku! Twórcy od razu założyli, że gra musi chodzić w 60 klatkach na sekundę. Pierwsza część latała tylko w 30, a bardzo często pojawiały się spadki do znacznie niższych wartości. Tutaj swoją moc pokazuje Switch 2, który niemal przez cały czas trzyma 60 klatek na sekundę. Jasne, zdarzają się spadki do 50, jednak nie wpływa to na dynamikę rozgrywki.

Rozdzielczość za to nie zachwyca. Maksymalnie 900p w docku, ochoczo spadające do 720p, a gdy trzymamy konsolę w dłoniach, to jeszcze mniej. Cutscenki za to wyglądają bardzo szczegółowo – Głównie dlatego, że są prerenderowane, co tłumaczy, dlaczego gra tyle waży. Szkoda, że siada trochę przy tym kompresja wideo, bo odczucia są takie sobie. Gra wygląda bardzo dobrze, co nie powinno nikogo dziwić, bo styl graficzny przyjęty w Breath of the Wild potrafi wiele wybaczyć. Od lat już jesteśmy przyzwyczajeni do braku antyaliasingu, a tutaj również jest krucho w tej sprawie, ale za to za sprawą FSR 1.0 nie ma ghostingu. Jeśli zaś chodzi o muzyczną sferę gry, to ciężko coś o niej napisać. Nic mi nie zapadło w pamięć, jeśli chodzi o ścieżkę dźwiękową. Za to sam dubbing wyszedł bardzo dobrze, szczególnie Calamo! Za to Konstrukt, niczym Link, niemy aż do końca.

Jeśli nie chce wam się szukać znajdziek, to możecie sobie wykupić podpowiedzi w namiocikach

W grze znajdziemy również możliwość gry we dwoje! Pierwszą opcją jest oczywiście splitscreen, gdzie ekran telewizora dzieli się na pół i każdy ma swoją połowę pola bitwy. Niestety fpsy zaliczają wtedy dzielenie przez dwa i gra zamyka się w 30 klatkach na sekundę. Lepiej to wygląda, gdy skorzystamy z nowej opcji GameShare. Wtedy każdy z graczy ma własną konsolę do zabawy, a całość jest streamowana w nawet 60 klatkach na sekundę.

Naprawdę skończyłem grę w 100%
Rating Image

Dla fana musou pozycja obowiązkowa! Dla fana The Legend of Zelda również! W grze czeka na nas wiele grywalnych postaci, które sprawią, że kolejne potyczki z tysiącami wrogów wcale nie będą nas męczyć, a wręcz bawić. Jest to idealna pozycja, aby zaznajomić się z serią – poznać bohaterów, przerobić wrogów na paćkę i to nawet w towarzystwie przyjaciela!

Plusy:

  • Dobra historia
  • Wiele grywalnych postaci
  • Wielowarstwowa rozgrywka
  • Gra wygląda dobrze
  • A działa jeszcze lepiej
  • Splitscreen
  • Nawet 50 h zabawy

Minusy:

  • Można się zgubić w zadaniach pobocznych
  • System ekwipunku/craftu mógłby być bardziej rozbudowany
  • Ścieżka dźwiękowa jest nijaka

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *