[Recenzja] Hollow Knight: Silksong

Nareszcie!

Trochę przyszło nam poczekać na tę grę. Z czasem oczekiwanie stało się memem. Przy każdej większej prezentacji żartowano, że to właśnie teraz pokażą Silksonga. Jednak, jak zwykle, kończyło się tylko zawodem. Tytuł na dłuższy czas ugrzązł w limbo, a moje zainteresowanie tym projektem z każdym miesiącem coraz bardziej słabło. Cisza trwająca wokół Hollow Knight: Silksong potęgowała obawę, że hype stanie się zbyt duży, a Team Cherry nie zdoła dostarczyć gry na oczekiwanym poziomie. Tym bardziej, że pierwsza część była znakomita i doczekała się statusu kultowego tytułu, więc ewentualne rozczarowanie fanów mogłoby być naprawdę bolesne. Kiedy w końcu nadszedł ten wielki dzień premiery i zobaczyłem cenę, pomyślałem: a co mi tam. Jak tylko eShop wstał, cyfrowa kopia gry natychmiast zawitała na moim Switchu.

Królestwo robali

Trzeba przyznać, że czas poświęcony na produkcję Hollow Knight: Silksong nie poszedł na marne i został wykorzystany z nawiązką. Podobnie jak poprzednik Silksong to metroidvania osadzona w osobliwym świecie zamieszkałym przez antropomorficzne robale. W sequelu wcielamy się w Hornet, dobrze znaną z pierwszej części, która zostaje schwytana i przetransportowana do tajemniczego królestwa Pharloom. Charakterystyczny, ręcznie rysowany styl graficzny 2D powraca w pełnej krasie, uzupełniony o piękne, wielowarstwowe tła z efektem paralaksy. Kolorystyka środowiska doczekała się lekkich zmian. Nie dominują już chłodne i stonowane kolory – jest teraz jaśniej i barwniej, z odcieniami czerwieni, zieleni i złota. Wizualnie top i jak zwykle zachwycają projekty regionów Pharloom, które zwiedzamy. W jednej lokacji urzeka bujna, tętniąca życiem roślinność, by chwilę później ustąpić miejsca bezdusznej, chłodnej maszynerii. A w tle ciągle coś się dzieje: ktoś przemyka, coś błyska, coś się rusza. Czuć, że ten świat żyje.

Hollow Knight: Silksong
Zielono mi!

Atmosferę jeszcze bardziej podbija ścieżka dźwiękowa, za którą ponownie odpowiada Christopher Larkin. Kompozycje towarzyszące naszej wędrówce doskonale oddają charakter odwiedzanych miejsc. Zielone, tętniące życiem obszary brzmią lekko i organicznie, osady oraz świątynie mają cięższe, bardziej dostojne brzmienie, a podziemia stawiają na ambient i budowanie napięcia. Chórki, skrzypce, flety i harfy tworzą niezwykłe aranżacje, które warto odsłuchiwać na dobrych słuchawkach. Melodie towarzyszące starciom z bossami są żwawe i pełne energii, podkreślając stawkę oraz dynamikę walk. Urzekają też pozostałe dźwięki obecne w grze. Podczas eksploracji możemy usłyszeć śpiew przypadkowego NPC-a albo złowieszcze odgłosy potworów czających się w czeluściach. Wszystko to niesamowicie buduje immersję i sprawia, że świat Silksonga tętni życiem.

Jak żuk gnojowy każdy toczy swoją kulę

Może jednak lepiej, gdyby ten świat był martwy, bo czasami potrafi być on bardzo brutalny. Nasza protagonistka, jak przystało na łowczynię, ma jednak swoje sposoby, by bronić się przed agresorami i radzić sobie w nieprzyjaznym terenie. Jest zwinna, a jej ruchy są płynne, dynamiczne i pełne akrobatycznego wdzięku. Jeśli dobrze opanujemy poruszanie się Hornet, możemy zamienić każdą walkę w prawdziwy taniec śmierci, przeskakując nad głowami przeciwników i parując ich ciosy. Wraz z postępami w eksploracji nasza arsenał ruchów i narzędzi stopniowo się zwiększa, co przekłada się skuteczniejsze eliminowanie przeciwników i pokonywanie przeszkód.

Całą grę można w zasadzie opisać jednym słowem – nauka. Studiujemy schematy ataków bossów, zapamiętujemy układ elementów wspinaczkowych w segmentach platformowych i, oczywiście, analizujemy mapę, by sprawdzić, który zakamarek warto zbadać jako następny. Wszystko to powtarzamy tak długo, aż uda się nam osiągnąć upragniony cel.

A prób z pewnością nie zabraknie, bo gra niemal od samego początku rzuca gracza na głęboką wodę. Po krótkim wprowadzeniu i dotarciu do pierwszej osady otrzymujemy znacznik gdzieś wysoko na mapie, a co dalej – to już musimy odkryć sami. Ma to swoje plusy i minusy. Z jednej strony rzeczywiście czujemy się jak odkrywcy, którzy eksplorują nieznane zakątki tego świata, a każdy – nawet drobny – postęp daje satysfakcję. Z drugiej strony często pojawia się wątpliwość, czy na pewno zmierzamy we właściwym kierunku. Szczególnie gdy trafimy na przeszkodę, która potrafi zatrzymać nas na dłuższą chwilę.

Hollow Knight: Silksong
Ale fajny piesek!

Silksong jest surowym nauczycielem i bezlitośnie wypunktuje każde nasze braki. Już taka prosta czynność jak „pogowanie”, czyli odbijanie się atakiem od przeciwnika czy przeszkody, wymaga przyzwyczajenia. W jedynce było to banalnie proste – wystarczył prostopadły atak w głowę robala i hop, jesteśmy w powietrzu. W Silksongu zmieniono jednak ten mechanizm. Teraz atak wykonywany jest pod kątem około 45 stopni, co znacząco wpływa na sposób poruszania się i walki. Dopiero w późniejszym etapie gry możemy powrócić do starego stylu, ale na początku musimy nauczyć się radzić sobie z nowym.

Twórcy najwyraźniej obrali sobie za jeden z przewodnich motywów podejście, by jak najbardziej utrudniać życie graczowi i karać go w najmniej spodziewanym momencie. Pokonałeś trudnego bossa i już szykujesz się do świętowania sukcesu? Lepiej zachowaj czujność! Nigdy nie wiadomo, czy szef nie zostawił na koniec małej niespodzianki, która w jednej chwili zniweczy cały twój trud. I nie jest to odosobniony przypadek! W Silksongu trzeba być czujnym bez przerwy, bo po ciężkiej przeprawie możemy dostać cios w plecy nawet w pozornie bezpiecznym miejscu.

Wredne komary

Eksploracja, walka i platforming – te trzy elementy w Hollow Knight: Silksong zostały doprowadzone do mistrzowskiego poziomu. Korzystanie z zaimplementowanych mechanik to czysta przyjemność, a gra nieustannie wystawia nasze umiejętności na próbę. Niektóre decyzje projektowe mogą jednak budzić wątpliwości i sprawiać wrażenie, że wprowadzono je głównie po to, by jeszcze bardziej podnieść poprzeczkę. Uciążliwa droga do potężnego przeciwnika, areny z kilkoma falami wrogów zakończone starciem ze strażnikiem, mało efektywne leczenie, wyjątkowo silni zwykli przeciwnicy czy liczne przeszkadzajki w sekcjach platformowych – to elementy, które dla mniej cierpliwych graczy mogą być źródłem zniechęcenia, podczas gdy inni potraktują je jako dodatkowe wyzwanie i powód do satysfakcji.

Hollow Knight: Silksong
Jeden gorący ziemniak dla pani!

Trochę przyczepię się też do walk z bossami. Z jednej strony mamy fantastyczne pojedynki, które początkowo wydają się nie do wygrania, ale po porażce nie czujemy złości, a raczej świadomość, że tym razem po prostu zabrakło umiejętności. Na drugim biegunie znajduje się jednak kilka starć, które potrafią się dłużyć i irytować przez swoje nieprzewidywalne, często chaotyczne mechaniki.

W ogólnym rozrachunku gra jest sprawiedliwa – o porażce najczęściej decydują nasze własne błędy. Zdarza się jednak, że stopnie, które gracz musi pokonać, by dotrzeć do celu, bywają zbyt wysokie. Silksong jest wymagający, ale nie zaliczyłbym go do gier przesadnie trudnych. Cierpliwość i spokój pozostają kluczowe w przezwyciężaniu napotkanych wyzwań. Jednym z motywów przewijających się w grze jest pielgrzymka robali do Cytadeli i my również musimy wziąć udział w podobnej podróży. Nasza ścieżka to jednak bardziej droga krzyżowa, naznaczona wieloma upadkami, niż spokojne wędrowanie ze śpiewem na ustach.

Rating Image

W teorii Hollow Knight: Silksong to gra, w którą powinien zagrać każdy miłośnik dobrych produkcji. Rozumiem jednak, że wiele osób może odbić się od jej mało przystępnego poziomu trudności. Ta ograniczona przystępność wpływa na ostateczną ocenę – zamiast „Musisz zagrać” pozostaje „Warto zagrać”. Jeśli jednak znajdziecie w sobie odrobinę uporu, spędzicie kilkadziesiąt godzin w fantastycznym, pełnym wyzwań świecie.

Plusy:

  • walka
  • eksploracja
  • świat
  • muzyka

Minusy:

  • dziwne decyzje projektowe sztucznie zwiększające poziom trudności

Dodaj komentarz