
Chcecie zmienić wykończenie ścian albo elewację domu? Wynajmijcie Ruffy’ego! Ten nieco nierozgarnięty, ale niewinny jak nieobsrana łąka niedźwiadek dysponuje wyjątkową umiejętnością zwaną SWAP. Dzięki niej może podmieniać tekstury otoczenia, kopiując je z jednych obiektów i przeklejając na inne. Tylko uważajcie, żeby nie zmienił Wam podłogi w lawę…
Z wynajęciem Ruffy’ego może być Wam jednak ciężko, bo zamieszkuje on Riverside wymyślone przez twórców z niemieckiego studia Zockrates Laboratories UG (co ciekawe, zaczynali oni swoją przygodę z branżą od „growych” rysunków, w tym wrzucanych na świętej pamięci Miiverse). To kraina mlekiem i miodem płynąca… a przynajmniej do czasu, aż pewien kret nie budzi uśpionego wielkiego złodupca, który zaczyna siać zniszczenie. Ruffy’emu nie pozostaje nic innego, jak zostać wybranym na, no, wybrańca i razem ze swoim pszczelim przyjacielem Pipem uratować świat przed dewastacją.

W tym celu przemierzamy krainę wzdłuż i wszerz, by znaleźć sześć zaginionych liter, które Rdzeń Świata ponownie zamieni w napis Riverside, pełniący funkcję ochronną i przynoszący powszechną szczęśliwość… czy coś takiego. Fabuła jest bzdurna jak w większości tego typu gier (by pod koniec okazać się jeszcze durniejsza, niż mogło się wcześniej wydawać). Przynajmniej gra ma życiowe przesłanie, a mianowicie że oszustwo i złodziejstwo popłaca. Serio, połowę liter zdobywa się podstępem, a nie udanymi skokami i szlachetnymi czynami.
Wysoki poziom miodności
W platformówkach, bo za taką uchodzi Ruffy and the Riverside, liczy się jednak przede wszystkim rozgrywka, a ta w grze studia z Norymbergi jest całkiem miodna. Zwiedzamy trójwymiarowy, otwarty świat składający się z hubu oraz kilku lokacji, które nieco na siłę mógłbym porównać do zeldowych dungeonów: w nich skaczemy, rozwiązujemy łamigłówki z wykorzystaniem SWAP, walimy przeciwników z piąchy, a od czasu do czasu walczymy także z bossami, by utorować sobie drogę do kolejnych liter. A czasem robimy coś zupełnie innego – na przykład startujemy w akrobatycznych zawodach, w których czeszemy tricki niczym Tony Hawk, tyle że nie na deskorolce, a na beli siana.

Jak na platformówkę 3D przystało, w Ruffy and the Riverside aż roi się od znajdziek – nie bez powodu na Steamie gra ma tag „Collectathon”. Aby je zdobyć, najczęściej musimy rozwiązać jakąś prostą łamigłówkę: wypatrzeć wzór i przenieść go na obelisk, ułożyć malowidło węża z desek albo pokombinować z planszą na ścianie – na przykład podmienić wodę na lawę, żeby spalić wroga – a następnie w nią wejść (co nie stanowi dla Ruffy’ego wielkiej przeszkody, bo jest płaski jak papierowy Marian) i zgarnąć skarb. Ogólnie jest tu mnóstwo do roboty, więc miłośnicy maksowania i kolekcjonowania PNG będą zachwyceni.
Error! Nie da się podmienić klatkażu
Mniej zachwyceni będą jednak posiadacze Switcha, ponieważ Ruffy and the Riverside działa na konsoli Nintendo bardzo kiepsko. Co z tego, że styl graficzny budzi sympatię, a muzyka potrafi sprawić, że nóżka sama chodzi, skoro klatki spadają co rusz, a obracanie kamery bardzo często nie jest płynne. Co gorsza, kilka razy udało mi się wypaść poza mapę i zginąć… albo i nie, przez co musiałem resetować grę. Tytuł testował polski QLOC i można się tylko zastanawiać, czy to oni tak zawalili sprawę, czy deweloperzy nie byli w stanie więcej wyciągnąć z prawie 10-letniego tabletu… a może jedno i drugie.

Problemem nie jest jednak tylko klatkaż. Weźmy na tapet choćby walki z bossami: są albo banalne, bo wystarczy biegać w kółko i parę razy skoczyć, żeby uniknąć wszystkich ich ataków, albo niepotrzebnie frustrujące z powodu trudnych do rozszyfrowania ataków i bugów – na przykład w jednym starciu trzeba doskoczyć do przeciwnika po platformach płynących po lawie i za każdym razem, gdy wskakiwałem na ostatnią, otrzymywałem obrażenia. Gdyby nie to, że serduszka odnawiają się po pewnym czasie od otrzymania ostatniego ciosu, w pewnym momencie rzuciłbym to w cholerę.
Z czasem wychodzą także na jaw pewne ograniczenia SWAP. Możemy podmienić tekstury na wielu obiektach, ale nie na wszystkich, a nawet jeśli możemy, to nie na wszystko – przykładowo nie zamienimy wody w kamień, żeby po niej przejść (aby to zrobić, musimy przekształcić ją w lód). Fajną opcją jest za to możliwość edycji tekstur różnych obiektów, aby przystosować świat do swoich upodobań… jakiekolwiek by one nie były.

Widzę w Ruffy and the Riverside ciekawy pomysł na rozgrywkę i dużo miłości włożonej przez twórców, ale z powodu niedomagającej strony technicznej nie mogłem cieszyć się tym tytułem tak bardzo, jak bym tego chciał. Szkoda, bo patrząc na materiały w sieci, na Switchu 2 gra działa o wiele lepiej; podejrzewam, że podobnie jest na „dużych” konsolach. Jeśli nie macie jeszcze najnowszego sprzętu Nintendo, to polecam zagrać na innej platformie niż wysłużony „Przełącznik” – na pewno będziecie bawić się lepiej niż ja.
Za egzemplarz recenzencki dziękujemy Pirate PR
Ruffy and the Riverside to gra z ciekawym motywem przewodnim i przyjemną rozgrywką, ale granie w nią na pierwszym Switchu nie jest najprzyjemniejszą rzeczą, jaką robiłem w ostatnich dniach. Grajcie na innych platformach, w tym Switchu 2.
Plusy:
- Podmiana tekstur to fajny pomysł
- Hu-hu-humorek
- Muzyka (na ogół)
Minusy:
- Słabo działa na Switchu
- Nierówne walki z bossami

