[Recenzja] The Cub

The Cub przypomniało mi o Mowglim i Księdze Dżungli, ale zaintrygowało gęstym klimatem postapo.

Jeśli jesteście tak starzy, jak ja (w co zresztą wątpię), to w zakamarkach pamięci możecie znaleźć obrazy witryn sklepowych, na których stały konsole. Mnie szczególnie utknęła jedna, na ul. Tysiąclecia w Lubinie był sklep z elektroniką, gdzie można było dostać pierwszą konsolę PlayStation. Obok kartonu z PSOne stały oryginalne gry: Gran Turismo, Metal Gear Solid, Tekken 3, oraz sporo tytułów DisneyaHerkules, Księga Dżungli, Król Lew. Właśnie do uczuć z ogrywania tych dwóch ostatnich tytułów twórcy The Cub postarają się nas przenieść, za sprawą swojej nowej gry. I udało im się! Ale o tym w recenzji poniżej. P.S. To PSOne służy mi po dziś dzień 🙂

Czasami w tyle nie jest zbyt miło.

Motoludzie z marsa

Na początku poruszę jedną istotną sprawę. The Cub osadzone jest w tym samym uniwersum co Golf Club Wasteland i Highwater (dostępne tylko na Netflix). Muszę się wam przyznać, że nie grałem w żadną z tych pozycji, więc pewnie nie wyłapałem co niektórych smaczków. Jednak pierwszą grę mam i raczej w bliższej przyszłości się z nią zapoznam.

Wcześniej wspomniałem o Księdze Dżungli, tak i tutaj bohaterem jest ludzkie szczenię i tak samo, jak Mowgli zostało ono wychowane wśród wilków! Tutaj jednak powód takiej sytuacji jest o wiele smutniejszy. Mianowicie ludzie nie zadbali o sytuację ekologiczną i doprowadzili do zagłady własnej planety. Więc postanowili uciec poza nią, żeby przetrwać. Niestety nie zabrali ze sobą wszystkich ziemian i Ci biedniejsi zostali spisani na stratę. Jak się jednak okazało, natura człowieka nie dała za wygraną i ten niczym karaluch przetrwał. Niestety nie na długo i rolę panów lasu musiało przejąć potomstwo. Zmutowane.

Ziemscy Marsjanie, jak ja was nienawidzę.

ZMutowane Sieroty

Tytułowe szczenię jest jedną z takich sierot. Stracił matkę, gdy był mały i został wychowany przez wilki w mieście Alphaville, które pod nieobecność ludzi przeszło pod kontrolę fauny i flory. Nasz mały mutant dzięki temu jest niezwykle zwinny i wytrzymały. Pewnego razu spotyka na swojej drodze Ziemskich Marsjan i zaciekawiony nimi, stara się nawiązać kontakt. Jednak ta sytuacja szybko się przeciw niemu obróciła. Gdy tylko zobaczyli, że może on oddychać bez przeszkód na skażonej planecie, od razu stał się celem eksperymentów dla „dobra ludzkości”. I tutaj zaczyna się gra.

Znalezione — niekradzione!

POSTAPOKALIPTYCZNY Parkour

Oczywiście instynkt samozachowawczy nie pozwolił mu na bierną reakcję i ruszył do ucieczki. The Cub to platformówka gdzie liczy się przede wszystkim precyzja. Na graczy czeka mnóstwo przeszkód, które nieraz napsują nam krwi. Skakanie przez dziury, huśtanie się na lianach, przeciskanie przez zakamarki, przebijanie szyb. Tego wszystkiego w grze nie zabraknie! Ja jestem weteranem metroidvanii, więc śmierć mi nie straszna, ale tutaj się ginie. I to sporo! Nie zniechęca to jednak do dalszej gry, bo checkpointy cofają nas najwyżej 20 sekund do tyłu.

Etapy są zróżnicowane, co pozwala nam nie nużyć się rozgrywką na dłuższą metę. Poza takimi, w których mamy wolną rękę do eksploracji zrujnowanego świata. Są i takie, w których musimy działać pod presją. Często zdarza się, że coś nas goni, więc musimy podwójnie uważać na to, co przed i za nami. W innych etapach musimy się skradać, gdyż czyhają na nas karierowicze zaślepieni wizją awansu. Chowając się w beczce lub za słupami unikniemy ich spluw z usypiającymi strzałkami. Są miejscówki, gdzie musimy trochę popływać pod wodą, umiejętnie zużywając pozostały tlen. Jest nawet zjazd kolejką niczym Hugo z Polsatu w latach sprzed internetu. Na sam koniec twórcy zaskoczą nas nawet etapem latającym, gdzie poczujemy się niczym w grze z gatunku bullet hell, unikając kolejnych pocisków złego AI.

Rozgrywka jest mocną stroną The Cub. Pozwala się graczom sprawdzić, ale nie jest na tyle wymagająca, aby doszło do jakiejkolwiek frustracji. Jest mocno zróżnicowana, co daje wrażenie ciągłej akcji. Udało się to dzięki umiejętnemu zagospodarowaniu wykreowanego świata. Oczywiście nikt tutaj niczego na nowo nie wymyślił, ale jest bardzo solidnie i to wystarczy.

Ciekawa nazwa firmy.

TESLA SPACE PROJECT

Zapuszczony świat opanowany przez roślinność wygląda świetnie! Twórcy zaserwowali nam podróż przez szereg różnych miejscówek. A co najlepsze wykorzystali je do narracji środowiskowej. Co chwilę odwiedzamy jakieś miejsce, gdzie jeden rzut oka pozwala nam domyślić się, co się tutaj wydarzyło. Ale to nie jedyna metoda na wprowadzenie nas w klimat. W grze możemy odszukać mnóstwo znajdziek. Część sprawia, że nasz bohater tylko beknie, ale część pozwala na większą immersję. Jedne pozwolą nam na drobny uśmieszek pod nosem – jak w filmach do zebrania, gdzie górnik leci w kosmos ratować planetę. Inne takie jak pierwsze strony gazet pokażą, co się wydarzyło w danym uniwersum. Są też dyski USB, które przedstawią bardziej personalne historie.

Czy to samo czeka nas za 100/50/20/5 lat???

MARS FM

Mimo że wokół czuć armagedon, to twórcy za sprawą głównego bohatera, raczej lekko prowadzą historię, no, chyba że akurat chce coś zjeść. W każdym razie strefa audiowizualna trzyma poziom. Grafika i efekty świetlne obeszły się bez wodotrysków, ale ich surowość idealnie wpasowuje się w klimat. Ręcznie rysowana grafika, zdecydowanie przypomina animacje z lat 90. Teraz już się takich nie robi, więc ta nostalgiczna podróż trwa. Między kolejnymi rozdziałami, widzimy kolejne animacje, które przedstawiają graficznie, co się wydarzyło pomiędzy kolejnymi etapami.

Od grafiki większe wrażenie zrobiła na mnie ścieżka dźwiękowa. Utwory brzmią świetnie i są idealnie dopasowane swoim tempem i charakterystyka do danego momentu w grze. To, co jednak mnie najbardziej urzekło to Marsjańskie Radio Nostalgia. Co chwilę z hełmu, które nasze szczenię założyło na głowę, słychać kolejne fragmenty transmisji. Często opowiadają one o historiach z Marsa i pozwalają nam lepiej zrozumieć sytuację ludzi. Zaskoczyło mnie, jak w pewnym momencie Charlie został częścią naszej historii i w radiu był fragment poświęcony jemu. Co jakiś czas lecą klipy w różnych językach, a nawet trafi się polska kołysanka 🙂 Całość uzupełnia bardzo dobry dubbing i dobrze dobrany aktor głosowy dla głównego bohatera.

Czasem trzeba się schować.

Księga miejskiej dżungli

Na sam koniec zostawiłem sobie kwestie techniczne gry. Nie miałem z nią większych problemów. Wszystko działa błyskawicznie, a gra nie ma żadnych problemów z generowaniem klatek na Nintendo Switch. Natrafiłem tylko na dwa błędy. Jednym po tym, jak wszedłem do beczki, to nie mogłem z niej wyjść. Z menu pauzy wybrałem reset do checkpointa i nie trafiłem na ten problem ponownie. Drugim problemem było to, że niektóre audycje radiowe, były nieme i musiałem sobie doczytać, co tam mówią. Pewnie mi się nie odtworzyły, ale to powinien być łatwy błąd do usunięcia w bliskiej przyszłości.

Nie nastawiajcie się na długą rozgrywkę. Całą historię można zamknąć w trochę ponad 2 godziny. Jeśli dołożymy do tego zebranie znajdziek, to będziemy potrzebować z godzinę więcej. Za to gra nie należy do kategorii drogich i jest to raczej tańsze doświadczenie.

Przerwa na film.

Kod do recenzji dostarczyło Wire Tap Media.

The Cub
80 Recenzent
Plusy
  • Solidna i zróżnicowana rozgrywka
  • Klimat wylewa się z ekranu i głośników
  • Świetna ścieżka audio
  • Ciekawa historia
  • Minusy
  • Trochę krótka
  • Podsumowanie
    The Cub zaskoczyło mnie nie tyle rozgrywką, ile wszystkim poza tym. Sam gameplay jest solidny i zróżnicowany, co zdecydowanie wystarcza do tego typu małej produkcji. Jednak klimat postapo, ukazujący siłę natury i ciemną stronę ludzkiego bytu mnie urzekł. Świetna strefa audio potęguje doznania. Polecam dla ciekawego jednowieczorowego doświadczenia i sam czekam na kolejne gry z uniwersum.
    Criterion 1
    2
    3

    Dodaj komentarz