[Recenzja] Little Goody Two Shoes

Czasami za bogactwo trzeba zapłacić wysoką cenę...

Któż nie chciałby być bogaty? Gdyby to tylko było takie proste – w końcu żeby opływać w dostatki, trzeba ciężko pracować, wygrać w totolotka albo mieć majętnych rodziców… chyba że jesteście postacią z gry wideo. Elise, główna bohaterka Little Goody Two Shoes, staje przed szansą na życie w luksusie. Tylko czy zdecyduje się zapłacić cenę?

Horrory stworzone w RPG Makerze to niszowy, ale tętniący życiem podgatunek. Niektórych jego przedstawicieli, takich jak Yume Nikki czy Corpse Party, powinni kojarzyć nawet gracze na co dzień unikający takich pozycji. Od tworzenia gier w tym japońskim programie zaczynali również twórcy z portugalskiego studia Astral Shift, którzy kilka lat temu wydali ciepło przyjęte Pocket Mirror. Ich ambicje sięgnęły wyżej, bo Little Goody Two Shoes, prequel swojej pierwszej gry (jej znajomość nie jest wymagana), wykreowali już na silniku Unity.

Elise to młoda dziołcha mieszkająca nieopodal miasteczka Kieferberg. Niestety nie urodziła się w bogatej rodzinie, a dodatkowo niedawno zmarła wychowująca ją babka, więc musi zarabiać na życie, wykonując różne prace: rąbiąc drewno, zbierając jabłka czy jajka. Ma jednak tego wszystkiego serdecznie dość i uważa, że zasługuje na więcej.

Dość nieoczekiwanie otrzymuje szansę od losu. Pewnego dnia znajduje w ogrodzie piękne, czerwone pantofelki, co uruchamia bieg zdarzeń: ukazuje się jej wiedźma, która zdradza bohaterce, że musi zebrać trzy podarki dla Niego, a jej życzenie o życiu w luksusie zostanie spełnione. Kim jest On? Tego czarownica nie wyjawia. Zszokowana Elise postanawia spróbować odmienić swój los, w czym utwierdza ją jej nowa znajoma, Rozenmarine, która z jakiegoś powodu wie zaskakująco dużo szczegółów na temat całej procedury.

Jest noc, a główna bohaterka stoi z latarnią na wzgórzu
Nocą bez latarni ani rusz

Za dnia sielanką…

Dni w Little Goody Two Shoes podzielone są na sześć segmentów. Każdego ranka wędrujemy do miasteczka, aby wykonywać prace dla mieszkańców i zarobić trochę grosza. Przyjmują one formę sympatycznych, pikselowych minigierek – im lepiej nam w nich pójdzie, tym więcej zarobimy, a im więcej pieniędzy zgromadzimy, tym więcej jedzenia będziemy mogli sobie kupić. Bo wiecie, w tej grze musimy jeść, a jak nie będziemy tego robić, to w końcu umrzemy.

Czasami, zamiast pracy możemy wybrać randkę z jedną z dziewczyn: wspomnianą tajemniczą Rozenmarine, przenikliwą zakonnicą Lebkuchen lub uwielbianą przez wszystkich Freyą. Jeśli podczas schadzki wybierzemy dobrą opcję dialogową, dostaniemy serduszko. Choć możemy romansować z kilkoma dziewczynami jednocześnie, terminy randek często wykluczają się wzajemnie, więc chcąc nie chcąc, niektóre musimy sobie odpuścić. Tylko po co w ogóle to całe romansowanie i zbieranie serduszek, pomijając oczywiście zaspokajanie swoich lesbijskich żądz? Zagrajcie, to się przekonacie. Podpowiem tylko, że warto dobrze poznać przynajmniej jedną dziewoję.

Przebywając w Kieferbergu, musimy jednocześnie uważać na to, co robimy i mówimy. Od początku gry w miasteczku dzieją się dziwne rzeczy i niektórzy zaczynają uważać, że może to być sprawka wiedźmy. Jako że Elise jest młodą dziewoją mieszkającą nieco na uboczu, z automatu staje się jedną z głównych podejrzanych. Rozmawiając z mieszkańcami, musimy wybierać odpowiednie opcje dialogowe, aby unikać zwracania na siebie uwagi – inaczej skończy się to dla nas źle.

Główna bohaterka zbiera jabłka w minigierce
It’s raining apples!

…w nocy zaś frustracją

Szósty segment każdego dnia to godzina czarownic. Gdy zapada zmrok, bierzemy ze sobą latarnię i wędrujemy do lasu, żeby zdobyć podarki dla Niego. Nie jest to jednak zwykła knieja, a przeklęte miejsce zamieszkiwane przez dziwaczne istoty, które nie oddadzą nam potrzebnych przedmiotów za darmo. Każdej nocy musimy wykazać się zręcznością i pomyślunkiem, przechodząc kilka prób: musimy między innymi wykorzystać motyle do utorowania przejścia, przebyć las pełen dziobiących ptaków czy obserwować fazy księżyca i wykonywać czynności w określonej kolejności.

Wiele z tych fragmentów niestety nielicho mnie sfrustrowało. Problemem nie jest jednak ich trudność, a nieuczciwość. Kolczaste bloki spadające nam wprost na głowę? Czemu nie. Wędrówka niemal po omacku po ogrodzie pełnym potworów? Brzmi wspaniale. Dalszy ciąg ucieczki przed przeciwnikiem, gdy wszystko wskazuje na to, że jesteśmy już bezpieczni? „Gracze na pewno docenią ten pomysł” – pomyślał zapewne zadowolony z siebie projektant. Na szczęście punkty zapisu rozmieszczone są dość gęsto, więc zawsze możemy rozpracować łamigłówkę, wczytać grę i zrobić ją od razu dobrze, aby niepotrzebnie nie zużywać zbyt wielu przedmiotów leczących.

W zależności od podjętych decyzji możemy uzyskać jedno z dziesięciu zakończeń. Udało mi się zobaczyć sześć i jeśli się nie mylę, to podczas jednego przejścia nie da się mieć ich więcej. Tylko jedno było jednoznacznie pozytywne – reszta to różnego typu „bad endingi”, które mniej lub bardziej szokują. Jeśli macie jakiekolwiek pojęcie o tego typu grach, wiecie, czego mniej więcej możecie się spodziewać: śmierci głównej bohaterki, śmierci postaci pobocznych, a nawet losu gorszego niż śmierć.

Żeby dopiąć swego, Elise musi współpracować z nieczystymi siłami

Nieślubne dziecko Slayers i Wojowniczek z Krainy Marzeń

Little Goody Two Shoes przyciągnęło moją uwagę przede wszystkim oprawą graficzną. Osoba, która postanowiła, by postacie wyglądały niczym wyciągnięte wprost z zapomnianego anime z lat 90., trafiła prosto w moje serce. Twórcy zadbali też o sporo detali, bez których gracze na pewno mogliby się obejść, ale jednak je dostaliśmy i cieszą oko: od animowanej mordki Elise w menu, przez portrety wybranek w medalionie, po przerywniki w stylu tekturowych teatrzyków.

Pochwała należy się także muzyce: za dnia towarzyszą nam przyjemne melodie z podśpiewywaniem, a podczas godziny czarownic słuchamy niepokojących, przesterowanych dźwięków. Szkoda tylko, że zabrakło dubbingu – niby mam do wyboru angielski i japoński, ale postacie nie mówią za wiele: ot, od czasu do czasu rzucą słowem czy dwoma, a niektóre wypowiedzi powtarzają się bardzo często. Gdybym po każdym „for goodness’ sake” Elise robił coś jeden raz, to w trakcie około 10 godzin potrzebnych na przejście gry zrobiłbym to bardzo dużo razy.

Główna bohaterka leży w łóżku i mówi "For goodness' sake"
For goodness’ sake

Na zupełnym laiku w świecie horrorów z RPG Makera takim jak ja Little Goody Two Shoes zrobiło naprawdę dobre wrażenie. Historia szybko mnie wciągnęła i niejednokrotnie zaskoczyła, atmosfera podczas sekcji nocnych parę razy przyprawiła o ciarki na plecach, a dodatkowo nacieszyłem swoje oczy i uszy ładną grafiką i muzyką. Gdyby nie te nieszczęsne sekcje zręcznościowe, polecałbym tę grę każdemu. Jeśli nie narzekacie na nadmiar pieniędzy, ale macie tę niespełna stówkę, możecie ją wymienić na możliwość zdobycia bogactwa w skórze Elise. O ile uznacie, że warto zapłacić cenę…

Little Goody Two Shoes
80 Recenzent
Plusy
  • tajemnica do odkrycia
  • niepokojąca atmosfera godziny czarownic
  • unikatowa oprawa graficzna
  • Minusy
  • nieuczciwe sekcje zręcznościowe
  • szczątkowy dubbing
  • Podsumowanie
    Little Goody Two Shoes ma wciągającą historię, niezbędną dawkę grozy i cieszącą oczy grafikę... gdyby nie nieuczciwe sekcje zręcznościowe, polecałbym każdemu.
    Criterion 1
    2
    3

    Jeden komentarz

    Dodaj komentarz