Redakcyjny pamiętnik z wyprawy po Galar – dzień 1

Początek przygody!

W piątek miała miejsce długo wyczekiwana premiera Pokémon Sword i Shield. Z tej okazji w redakcji, zamiast tradycyjnej recenzji, postanowiliśmy spisać nasze wrażenia z gry w kilku wpisach. Redakcyjny pamiętnik z wyprawy po Galar będzie obejmował nasze pierwsze wrażenia, późniejsze odczucia oraz finał w postaci podsumowania. Taka forma najpełniej odda walory i niedociągnięcia tytułu. Co więcej, będzie to spojrzenie kilku osób, a nie tylko jednej. Mamy nadzieję, że taka forma przypadnie Wam do gustu i zachęci też Was do podjęcia dyskusji w komentarzach. Bez dalszego przeciągania, zapraszamy do poniższego tekstu!

Dzień 1

Tak jest! W końcu nadszedł ten dzień! Dzisiaj otrzymam swojego pierwszego Pokémona. Czuję niesamowitą ekscytację przed czekającymi mnie przygodami. Z pewnością spotkam po drodze mnóstwo wspaniałych ludzi, z którymi nawiążę nowe przyjaźnie i przeżyję niesamowitą podróż. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że będę miał towarzysza na dobre i na złe. Wspólnie pokonamy każdą przeszkodę i każdego trenera. Uwaga Galar, nadchodzę!

.

Ależ ta odsłona polaryzowała graczy. Zanim gra trafiła na półki sklepowe, niektórzy już wydali wyrok, że jest to najgorsza odsłona w serii. Co chwilę pojawiały się wpisy, co GameFreak schrzaniło w tej grze: brak wszystkich stworków, wycięty GTS, grafika nie jest na poziomie Zeldy:BotW i można by tak dalej wymieniać. Nie powiem, trochę wpłynęło to na moją postawę względem gry. Do pierwszego uruchomienia Pokémon Sword, bo na taką wersję się zdecydowałem, podchodziłem z lekkim dystansem i negatywnym nastawieniem.

Po ograniu tych kilku pierwszych godzin, czuć, że są to te stare dobre kieszonkowe stworki. Formuła, mimo że nie zmieniła się od debiutu tak bardzo, nadal wciąga jak bagno. Kolekcjonowanie kolejnych Poków i walka nimi ciągle sprawia frajdę. Starzy wyjadacze poczują się tutaj jak w domu. Styl graficzny, jaki seria objęła w tych odsłonach, jest świetny. Z przyjemnością patrzy się na wykreowany świat, który jest barwny i wzbudzający pozytywne emocje. Jednak pozytywne wrażenia psuje techniczna strona. W trybie przenośnym rozdzielczość jest skalowana dynamicznie i czasami obraz nie jest ostry,  jak powinien być. W Pokémon Let’s Go udało uniknąć się tego problemu i gra trzymała natywne 720p dla wyświetlacza. Co więcej, pozycja ma bardzo widoczny pop-up, na szczęście nie jest on bardzo irytujący. Najbardziej jest to widoczne w Wild Area, czyli specjalnej przestrzeni gdzie można spotykać duszki innych graczy, rozbić obóz do zabawy z naszymi podopiecznymi czy też wziąć udział w raidzie. Z technikaliów, jedna rzecz mnie bardzo irytuje – jest to brak voice actingu. Czuję pewien dyskomfort, kiedy postacie nie wydają z siebie żadnych dźwięków, mimo że ich usta się poruszają.

Pomimo tych niedomagań technicznych, całkiem przyjemnie gra się w tę grę. Z początku grałem bez opłaconego członkostwa Nintendo Online i odnosiłem wrażenie, że moje doświadczenie jest niepełne. Jasne da się bezproblemowo grać bez funkcjonalności sieciowych, ale to nie jest to samo. Raidy, zamiast z innymi graczami są przeprowadzane z NPC. Pokémony można wymieniać tylko lokalnie, czyli jeżeli mamy w pobliżu innego posiadacza Nintendo Switch. Pewnie traci się jeszcze więcej ciekawych rzeczy, których nie miałem jeszcze okazji odkryć.

Na plus na pewno warto zaliczyć widoczne Pokémony w trawie. Koniec z frustrującymi losowymi walkami. Miłym dodatkiem jest także autosave, chociaż z przyzwyczajenia w ważnych momentach ręcznie zapisywałem grę. Mała ciekawostka, możliwe, że nie zauważyłem tego w poprzednich odsłonach, ale podłoże, po którym porusza się nasz avatar wydaje różne, odpowiadające im dźwięki. Na przykład biegnąc po drewnianych schodach, słychać, że to jest drewno. Mała rzecz, a cieszy.

Wracam dalej do grania. Przede mną walka w pierwszym Gymie. Zobaczymy, jak gra się rozwinie, jestem przecież na początku swojej przygody w Galar.

.

Udało mi się pograć nieco dłużej niż rolnikowi… a przecież miałem w ogóle nowych Poksów nie kupować. Przed premierą Internet zalała fala mniej lub bardziej konstruktywnej krytyki – co chwilę w mediach społecznościowych i na forach pojawiały się nowe screeny i GIF-y obrazujące lenistwo Game Freaku (identyczne mieszkania, oszczędne animacje, klasyczny już Onix, w którego można wpaść, zanim w ogóle zechce się wczytać), a skonstruowana przez fanów (?) serii lista grzeszków japońskich deweloperów doczekała się kilkudziesięciu pozycji. Cały wszechświat sugerował, by od ósmej generacji kieszonkowych stworków trzymać się z daleka. Ale kupiłem, bo to jednak Poksy. I chce mi się grać, bo to jednak Poksy. Ten schemat rozgrywki chyba nigdy mi się nie znudzi.

Co przypadło mi do gustu najbardziej? Z całą pewnością Gymy. To udane połączenie klasyki z próbami wprowadzonymi w Sun i Moon. Tym razem zbieranie odznak ubrano w sportową otoczkę – pojedynki z Liderami odbywają się na stadionach wypełnionych publicznością, która żywo reaguje na przebieg starcia. Nie zawodzi również Dynamax, nowy sposób transformacji stworków, czego przed premierą zupełnie bym się nie spodziewał. Duży udział ma w tym na pewno fakt, że można z niego korzystać tylko w ściśle określonych sytuacjach, przez co nie ma szansy się przejeść, tak jak Mega Ewolucje, a zwłaszcza Z-Moves, którymi można było katować nawet biedne Pidgeye na 3 poziomie. To pewnie dlatego w Sword i Shield w ogóle ich nie ma.

Największy zawód? Zdecydowanie Wild Area. Przy okazji pierwszej wizyty na tym otwartym bardziej niż typowe route’y obszarze poczułem się trochę jak na Hyrule Field w Ocarinie of Time – Dzika Strefa straszy rozpaćkanymi teksturami i przeraźliwą pustką. Jak do tego doszło, nie wiem. Wiem z kolei, że Switcha stać na więcej – udowodniły to chociażby Breath of the Wild (jeśli uważacie, że Hyrule było puste, dopiero grając w najnowsze Poksy przekonacie się, czym jest prawdziwa pustka) czy Xenoblade Chronicles 2 (które przypłaciło to dyskusyjną miejscami rozdzielczością, ale z dwojga złego lepsze flashbacki z 3DS-a niż koreańskiego MMO z połowy poprzedniej dekady). Game Freakowi zabrakło albo umiejętności, albo czasu i ludzi… albo obu tych rzeczy.

Mógłbym ponarzekać na wiele innych rzeczy: na obowiązkowe Exp Share, które w pewnym momencie zmusiło mnie do wymiany niemal całej drużyny, gdyż zacząłem się obawiać, że z powodu braku określonych odznak moi podopieczni przestaną się mnie słuchać (z drugiej strony – dzięki temu mam więcej niż 6 stworków, które nadają się do walki); na rywali, z których ten przyjaźniejszy bezustannie powtarza, że zostanie mistrzem Pokemon, ale dostaje ode mnie regularne wciry, a drugi, ten mniej miły, że jestem lamusem, chociaż niszczę mu całą ekipę jednym Poksem; na miasta, które sprawiają wrażenie sporych, ale często tylko sprawiają. Robi mi się smutno, gdy widzę, że najnowsze odsłony drugiej najlepiej sprzedającej się w historii serii gier wideo nawet nie zbliżają się do poziomu wspomnianego Breath of the Wild, a także Super Mario Odyssey. Ale po co mam się rozpisywać, skoro i tak jutro odpalę Switcha i spędzę w Galar kilka kolejnych godzin?

.

Podobnie jak wiele innych osób, ja również miałem niemały dylemat przed wyruszeniem w podróż po Galar. Nie chodziło nawet o to, jak ograniczone możliwości mają Pokedexy w tym regionie. Szczerze mówiąc, łapanie po raz tysięczny Magikarpów lub też udawanie, że jestem super trenerem, bo ściągnąłem ze sobą osiemset Pokemonów z moich poprzednich przygód, nie mogłoby obchodzić mnie mniej. Wręcz przeciwnie, jak nigdy zgadzałem się tutaj z władzami Game Fraku, że ograniczenia dotyczące wjazdu pomogą nieco wstrząsnąć od dawna skostniałą sceną międzynarodowych walk – pod warunkiem oczywiście, że jednocześnie dostaniemy coś w zamian. I właśnie tutaj niestety leżał Growlithe pogrzebany.

Nie będę kłamał, pierwszy materiał reklamowy nie robił najlepszego wrażenia. Wszystko wydawało się brzydkie, wtórne i niezbyt interesujące. Nawet Pokemony, które obiecano rozdawać początkującym trenerom, wyglądały bardziej jak zapchajdziury spotykane w pierwszej trawie niż potencjalni przyjaciele na całą przygodę. Późniejsze filmy były już na szczęście znacznie lepsze, zapowiadając szereg długo oczekiwanych udogodnień dla trenerów. Do samego końca towarzyszyła mi jednak obawa, czy najnowsza podróż nie będzie takim samym rozczarowaniem, jak powtórna wycieczka do Aloli w zeszłym roku. Po długim namyśle zakupiłem jednak bilet. Po małych perturbacjach związanych z narosłymi w ostatniej chwili zobowiązaniami towarzyskimi, z lekkim opóźnieniem względem redakcyjnych towarzyszy wyruszyłem w końcu w moją wyprawę po Galar.

Pierwsze wrażenie okazało się całkiem sympatyczne. Zamiast zwyczajowej przemowy profesora badającego region dostałem do obejrzenia finałowy mecz tutejszej ligi. Była to naprawdę miła odmiana, jednak liczyłem, że wzorem przygody w Aloli dostaniemy jeszcze lekki teaser czekającej nas podróży. Również zaprezentowana podczas meczu „specjalność” regionu, czyli tajemniczy fenomen Dynamaxu, stanowił dla mnie lekki zawód. Szczerze mówiąc, liczyłem na coś ambitniejszego niż kolejne tańce, bransoletki i kiczowato przerysowane efekty specjalne powiększające optycznie Pokemony. Ani to fajne, ani ładne. Do przygody wnosi niewiele, służąc jedynie promocji kolejnych badziewnych zabawek. Można czepiać się Mega Ewolucji z Kalos, ale moim prywatnym zdaniem miały one znacznie więcej stylu niż te koszmarki. Ponownie odżyły więc obawy, czy wycieczka ta była dobrym pomysłem. Nie pomagało również pierwsze wrażenie po opuszczeniu kanapy. Być może był to wynik zmęczenia długą podróżą samolotem (bądź też piątkową imprezą), jednak grawitacja i fizyka w Galar zdawała się działać inaczej niż powinna. Chcąc wykonać lekki krok, znajdowałem się nagle w pełnym biegu, niemalże roztrzaskując się o ścianę. Przyzwyczajenie się do tej nadmiernej inercji zajęło mi dłuższą chwilę.

Wszystkie te złe myśli zniknęły jednak, gdy opuściłem mury mojego rodzinnego domu. Pola, ludzie, domy w oddali – wszystko to okazało się wyglądać znacznie lepiej na żywo niż we wspomnianym kiepskim filmie. Szczególnie dobre wrażenie zrobił na mnie skąpany we mgle las i napotkany w nim tajemniczy Pokemon. Tutejsza fauna to zresztą jeden z najmocniejszych punktów pierwszych paru godzin wycieczki. Wszystkie napotkane stworki były nowe i niezwykle urodziwe, może poza otrzymanym „starterem”. Tutaj niestety wybierało się najmniej nudnego, który w dodatku nie ewoluuje w coś tragicznie brzydkiego.

Niestety, na razie były to jedyne dobre rzeczy, które mogłem powiedzieć o Galar. Wprowadzenie do zasad jak zwykle przynudza i strasznie się ciągnie. Nawet jeśli powiemy, że wszystko to już wiemy od lat, tubylcy i tak czują potrzebę opowiedzenia nam o niemal wszystkich podstawach trenowania. Te wszystkie dobre rady nie są nam zresztą specjalnie potrzebne, ponieważ w ciągu pierwszych kilku godzin spotkałem raptem kilku trenerów chcących stoczyć walkę, a dzikie pokemony praktycznie same wchodzą nam do Pokeballi. Nie trzeba ich nawet specjalnie osłabiać, wystarczy rzucić biało-czerwoną kulą. Wszystko przychodzi tutaj tak łatwo, że sukces nie sprawia najmniejszej satysfakcji.

Podobny zawód sprawił mi tubylec Hop, który ogłosił mnie swoim rywalem. Przypomina mi on Barry’ego z Sinnoh – również stara się być miły i przyjacielski, ale jest po prostu pajacem z ADHD. To urocze, że chce zostać mistrzem i być lepszy od nas, ale nie wiem, jak planuje to osiągnąć, skoro nie potrafi nawet wybrać startera, który będzie miał przewagę typu nad naszym.

Największym jednak zawodem okazało się być jak na razie Wild Area, która według zapowiedzi miało być sporym terenem umożliwiającym swobodne zwiedzanie, nieograniczone w żaden sposób zwyczajowymi drogami. Teren przypomina wielkością niewielki park, ma mało urozmaicony krajobraz i nie oferuje niemalże nic więcej niż możliwość złapania Pokemonów – niestety niemal wyłącznie tych, które znamy z poprzednich przygód. Nawet trenerów jest tutaj jak na lekarstwo. Biorąc jednak pod uwagę, że Wild Area zajmuje niemalże pół mapy, zaczynam się obawiać, że Galar okaże się regionem wręcz klaustrofobicznym.

Nie bądźmy jednak takimi pesymistami – bądź co bądź, dotarłem dopiero do pierwszego dużego miasta. Mimo ładnych kilku godzin na karku pierwszy pojedynek w tutejszym Gymie jest dopiero przede mną, więc wiele się może jeszcze zmienić. O tym i o dalszych przygodach napiszę jednak w przyszłotygodniowym wpisie.

6 komentarzy

  1. Świetny wpis panowie, fajnie że strona powoli odżywa 😉
    Osobiście strasznie wciągnęła mnie nowa odsłona kieszonkowopotworków. Mimo brakujących funkcji oraz widocznych na pierwszy rzut oka wad gra się w nią tak samo przyjemnie jak w pokemony sprzed dziesięciu lat.
    Szkoda że Gamefreak widocznie nie radzi sobie z przeniesieniem serii na duży ekran, a szkoda – bo to zaraz obok przygód wąsatego hydraulika, najpopularniejsza marka Nintendo.

  2. Ajj… Bardzo żałuję, ze nie zacząłem gry w dniu premiery i narazie musze poczekać do grudnia. Na szczęście jeszcze jest w co grać – LM 3 w połowie lapania duchów. Ale wracając do Pokemonów to również sie zgadzam co do sposobu przedstawienia tej gry i czekam na dalsze wrażenia, świetnie mi się to czytalo i zgadzam sie z takim podejsciem. Fajnie i róbcie tak w przyszlosci. Co do starterów – są okropne lecz cos mnie oświeciło.. O ile kiedys każdy chcial miec na zawsze squirtla a później ostatecznie blastoisa to teraz ostateczne wersje są tak beznadziejne jak najbardziej niechciane Pokemony spotkane podczas gry i może właśnie o to chodzi by to byly tylko startery. Grając juz w Leaf Green na GBA szybko odpuszczalem od zespolu nawet bulbasaura.

  3. Świetny artykuł, fajny pomysł na ukazanie postępów z różnych perspektyw.
    Co do zaś samych Poków to utwierdzam się tylko w przekonaniu sprzed premiery – kupić używane, przejść i sprzedać.
    A potem wrócić do X&Y, które dla mnie są najlepszą częścią od czasów HG&SS.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *