Na pierwsze części Pokémonów ludzie spoza Japonii musieli czekać ponad trzy lata, a kieszonkowe stworki, nawet pomimo tego opóźnienia, stały się na Zachodzie fenomenem. Po podobnym czasie leżakowania przybywa do nas marka Yo-kai Watch i atakuje nie tylko grami, ale także anime czy gadżetami. I jak się okazuje, nie jest to tylko leniwy klon popularniejszej franczyzy, choć z pewnych powodów (o których dalej) nie spodziewam się, by mali Amerykanie, Brytyjczycy i Francuzi pokochali Yokaie tak, jak pokochali Pikachu i spółkę. Czemu?
Satoshi Tajiri, ojciec Pokémonów, w młodości zbierał robaki i zaprojektował takie stworki jak sympatyczną elektryczną mysz, dinozaura z płomykiem na ogonie czy lekko wkurzonego gołębia. A artyści z Level-5 tworzący Yokai Watch? Oni mieli zapewne trudne dzieciństwo. Pies z aparycją człowieka, który wygląda jakby ktoś przejechał mu po pysku (twarzy?) rowerem, narzekająca na rzeczywistość karłowata babcia albo dziwne coś z dupskiem zamiast głowy – to tylko kilka z co bardziej porąbanych designów. Może nieco tendencyjnie wybrałem te najosobliwsze, najbardziej różniące się od Pokémonów (bo, po prawdzie, są tu gryzonie, koty czy robale, chociaż często mocno humanoidalne), ale od razu widać, że mamy tu do czynienia z czymś mocniej powiązanym z japońską kulturą, podlanym sosem o smaku „Europejczyk tego nie zrozumie”. No i nie do końca rozumiałem, nie do końca odpowiadał mi wygląd sporej części stworów, ale jakoś do tego przywykłem. Niemniej nie zdziwię się, jeśli dzieciaki nie podłapią manii na takie dziwactwa, chociaż po prawdzie to nie wiem, co siedzi w głowach obecnych 10-latków.
A co siedzi w głowie Shibaty, to nie wiem tym bardziej
Mama w Yo-kai Watch 1:0 mama w Pokémonach
Jednym z takich 10-latków kierujemy w grze. Wcielamy się w rolę dzieciaka płci dowolnej, który akurat leni się podczas wakacyjnego odpoczynku. Chociaż ma też jedno zadanie, które zaprząta mu głowę – musi znaleźć jak najrzadszego, największego robaka, by pokazać go nauczycielowi w nowym roku szkolnym. W trakcie poszukiwań Nate (czy jak go sobie nazwiecie) trafia na dziwną kapliczkę, z której wyskakuje duch Whisper, pierwszy spotykany w grze Yokai, odtąd nasz nieodłączny kompan. Szybko załatwia nam zegarek, dzięki któremu, patrząc przez szkiełko, możemy dostrzegać inne Yokaie. Bo te, w przeciwieństwie do Poksów, nie są widzialne dla zwykłych śmiertelników, co nie przeszkadza im wpływać na ludzi. Zazwyczaj negatywnie – to przez Yokaie twoi rodzice kłócą się, zapominają o ważnych sprawach albo boją się wyjść z domu. Razem z Whisperem pomagamy obywatelom miasteczka Springdale pozbyć się szkodliwych potworków, przy okazji zaliczając kolejne zadania wątku głównego, w którym jak zwykle ktoś zrzucił na zwykłego chłopaka/dziewczynkę sprawy, z którymi powinni radzić sobie raczej dorośli.
Przynajmniej nikt nie wygania nas z domu w wieku kilku-kilkunastu lat jak w takiej pewnej serii gier, bowiem cała akcja Yo-kai Watch toczy się w miasteczku i jego najbliższych okolicach. Warto od razu dodać, że bardzo pięknym miasteczku. Wszystko przedstawione jest w pełnym trójwymiarze, efekt 3D działa zawsze, a nie jak u konkurencji tylko w wybranych miejscach, a lokacje pełne są detali. Może wydawać się, że jedna mieścina to niewiele, ale nic bardziej mylnego – podzielona jest ona na kilka sporych dzielnic, a każda z nich kryje wiele sekretów, które nie zawsze można odkryć na samym początku przygody. Aby dostać się do niektórych lokacji trzeba ulepszyć nasz zegarek, a tego nie możemy zrobić, jeśli nie wykonaliśmy określonej liczby zadań w głównej fabule. Plątamy się więc po mieście i szukamy Yokaiów, które ukryte są w najróżniejszych miejscach – nad rzeką, pod maszyną z napojami czy w kanałach oplatających całą aglomerację. Gdy wreszcie znajdziecie jakiegoś dzikiego potworka, czekać może was zaskoczenie.
[img]http://i.imgur.com/upv7I9a.jpg[/img]
Tutaj prędko nie wejdziemy
Stylus do ręki, gotowi… start!
Walka prowadzona jest bowiem w czasie rzeczywistym i toczy się w systemie trzech na trzech, choć jednocześnie mamy przy sobie szóstkę podopiecznych umieszczonych na kole, którym możemy dowolnie obracać. Domyślne ataki (jeden z trzech rodzajów: fizyczne, „magiczne”, które to mają rożne odmiany – ogniste, elektryczne i tak dalej, a także klątwy), a w przypadku niektórych stworków także leczenie pobratymców, wyprowadzane są automatycznie, ale mamy też dostęp do innych akcji, którymi sterujemy już samodzielnie. Opcja „Target” służy do oznaczenia wroga, na którym chcemy skoncentrować atak, „Purify” przydaje się, gdy nasze Yokaie zostaną „przeklęte” przez przeciwnika, a gdy mamy pełny pasek tutejszej many, możemy wyprowadzić potężny atak zwany Soultimate, powodujący a to zniszczenie w szeregach wrażych Yokaiów, a to dający pokaźne doładowanie naszym sprzymierzeńcom. Każdy z Yokaiów posiada unikalny atak specjalny wraz z ładną, ekskluzywną animacją – szacuneczek. Co ciekawe, akcje wymagają od nas rozegrania krótkich minigierek. Żeby uwolnić Yokaia spod wpływu złych duchów należy zbić szkiełko czy przegonić mgłę, za to Soultimate’y załadowane zostają dzięki trafianiu w pojawiające się na dolnym ekranie konsoli dyski czy… rysowaniu szlaczków. Coś za coś – walka jest dynamiczniejsza niż w typowej turówce, ale w trzęsącym się autobusie już tak łatwo pograć się nie da. Czas zatrzymuje się jedynie po wejściu do ekwipunku, gdzie znajdują się przedmioty leczące i wspomagające naszych wojowników.
[img]http://i.imgur.com/zlvE0ko.jpg[/img]
Czasem stworek zaczyna się lenić i przestaje wykonywać jakiekolwiek akcje, tak jak Jibanyan na powyższym screenie. Wtedy najlepiej zakręcić kołem
Pozorne bogactwo?
Poszczególne Yokaie różni między sobą naprawdę sporo rzeczy. Każdy ze stworków posiada cztery statystyki, rozwijane automatycznie po wbiciu każdego nowego poziomu. Siły, Defensywy i Szybkości raczej wyjaśniać nie trzeba, zaś ostatnia z wartości, Spirit, to Pokémonowy Special Attack, odpowiadający za siłę ataków magicznych i Soultimate’ów. Aby nasz Yokai dobrze funkcjonował na polu walki i nie wyprowadzał ataków fizycznych, gdy jego siła jest mizerna, zaś wartość „Spirytu” wysoka, należy zadbać o jego naturę, która ukierunkuje jego działania w prawidłową stronę. Tę można łatwo zmienić dzięki znajdowanym często i gęsto książkom i czasopismom. Yokaie posiadają także Skille (większa odporność na ataki fizyczne, ranienie wroga, gdy ten nas zaatakuje i tak ze sto innych) oraz mogą nosić przedmioty dające różnorakie bonusy. Każdy z potworków charakteryzuje się przynależnością do jednego z dziewięciu szczepów. Gdy ustawimy obok siebie na kole kilka Yokaiów tego samego rodzaju, dostaniemy pewien bonus. Przykładowo, dla typu Charming będzie to zwiększenie szybkości, a dla typu Slippery poprawiona odporność na klątwy. Uf, sporo tego wszystkiego, nie poszli na łatwiznę, no nie?
Tak to wygląda na papierze, ale w praniu jest już nieco inaczej. Poprzeczka nie została zawieszona zbyt wysoko i rzadko kiedy postawione zostaje przed nami poważniejsze wyzwanie. Przegrana z szeregowymi przeciwnikami nie wchodzi w rachubę, bo silniejszych wrogów spotkamy dopiero po ulepszeniu zegarka, a wtedy nasze Yokaie powinny być odpowiednio rozwinięte. Bossowie są fajnie zaprojektowani, czasem nawet zabawni, a do ich pokonania trzeba użyć sposobu, ale ten jest za każdym razem zbyt oczywisty, by powstrzymać gracza. Jedyny przeciwnik, z którym miałem problem (a właściwie mam dalej, bo nadal sobie z nim nie radzę) jest zupełnie opcjonalną przeszkodą, pojawiającą się, gdy… łamiemy przepisy ruchu drogowego. Nie przechodźcie na czerwonym dzieciaczki! Wracając do meritum – poziom trudności Yokaiów dopasowany jest do chilloutowego, letniego klimatu opowieści. Są wakacje i spocić można się jedynie z powodu upałów. Nie poczułem jednak uczucia żenady, które towarzyszyło mi podczas przechodzenia śmieszne prostych Pokémon X czy Alpha Sapphire. W tworach Game Freaku musiałem martwić się o to, by moja ekipa nie była zbyt silna, a w Yokaiach przegrindować jest mimo wszystko trudno (a wykonywałem sporo zadań pobocznych dających solidną kupkę ikspeków). Ot, poziom trudności w sam raz na rozluźnienie po ciężkim dniu czy hardkorowej platformówce.
Przez żołądek do serca
Nieco niefortunnie rozwiązano łapanie nowych Yokaiów do swojej ekipy. Nowych przyjaciół poznajemy tak, jak w akademiku – rozdając jedzenie. Albo tak jak w podserii Dragon Questów o nazwie Monsters, która to znacznie bardziej kojarzy mi się z Yo-kai Watch niż popularniejsze u nas kieszonkowe stworki. Każda poczwara ma swoje ulubione żarcie, które możemy rzucić jej podczas walki. Yokai przyjmie podarek i zareaguje na niego, czy to informując nas, że to jego ulubione danie, czy że mogliśmy bardziej się postarać. Ale nawet jeśli rzuciliśmy stworkowi wielbioną przez niego, w dodatku drogą strawę (każda klasa żarełka ma kilka egzemplarzy różniących się jakością), nie oznacza to, że po walce zechce się on z nami zaprzyjaźnić. Szczerze mówiąc nie rozumiem systemu pozyskiwania nowych stworków. Nie raz i nie dwa doświadczyłem sytuacji, gdy po walce dołączyć do mojej ekipy chciał Yokai, któremu nic nie dałem, za to inny, niby zachwycony prezentem, mnie olewał. Jest to bardzo irytujące zwłaszcza wtedy, gdy szukamy konkretnego, rzadkiego okazu, bo nie ma żadnej gwarancji, że tym razem gra postanowi pozwolić nam na przygarnięcie potwora. Ale jeśli nie bawi was łapanie Yokaiów, to spokojnie możecie przejść grę swego rodzaju domyślną ekipą, składającą się ze stworków poznawanych na kolejnych etapach fabuły. Prawie wszystkie należą do tego samego typu i są na tyle silne, by nie musieć martwić się szukaniem potężniejszych egzemplarzy.
[img]http://i.imgur.com/7EPk0s8.jpg[/img]
Aby złapać Yokaia, najpierw trzeba skupić na nim soczewkę przez kilka sekund
Istnieją jeszcze dwa sposoby na zdobycie nowych Yokaiów. Pierwszy to ewolucja, która następuje po wbiciu określonego poziomu doświadczenia i działa tak, jak wam się wydaje – zmienia nieco wygląd, podbija statystyki, czasem modyfikuje ataki specjalne. Ciekawszą opcją są fuzje. Po pewnym czasie odblokowujemy opcję, która pozwala na połączenie niektórych stworków ze sobą. Ich poziomy doświadczenia są wtedy dodawane i dzielone na pół, a my otrzymujemy silniejszą wersję jednego z nich bądź coś pomiędzy. Niektóre stworki łączyć można także z przedmiotami, co przypomina pokémonowe kamienie ewolucji. Fuzji jest mnóstwo, a sporo z nich wzajemnie się wyklucza, co prowadzi do zastanawiania się, czy ewoluować podopiecznego już teraz, czy może uda nam się znaleźć jakąś ciekawszą kombinację na dalszym etapie gry.
W celu pogrania w tryb multi zapraszamy na najbliższe Streetpasy
Po ukończeniu głównego wątku fabularnego zabawa nie kończy się. W nasze łapki zostaje oddana endgame’owa lokacja, w której stwory jadą na sterydach i wreszcie można poczuć gorycz porażki. Dzięki temu, że nasz zegarek dostaje kolejne, ostatnie ulepszenie pokusić możemy się o znalezienie najsilniejszych Yokaiów ukrytych w grze, by zebrać je wszystkie. Nie będzie to łatwe, ale od czego jest internet. A właśnie, funkcje sieciowe. Z ogromnym bólem przyjąłem brak możliwości zawalczenia z oponentami z całego świata. Dostępny jest tylko multiplayer lokalny, a że żyjemy gdzie żyjemy, okazja do walki nadejść może wyjątkowo rzadko. Poza tym są tu jeszcze pierdoły w postaci poszukiwania rozrabiających stworków by odblokować hasła dające różne przyjemne rzeczy czy cotygodniowe upominki w postaci chociażby monet, które można użyć w maszynie i wylosować jakiś przydatny grat lub nawet ciekawego, rzadkiego Yokaia. Grze brakuje głębi, jaką posiada tryb competitive w najnowszych Poksach, gdzie w ruch idzie inżynieria genetyczna, spartańskie traktowanie niezbyt dobrze rokujących dopiero co wyklutych stworków i mordercze treningi na hordach wrogów. Na szczęście w części drugiej jest już pełnoprawny system walk sieciowych, więc teraz tylko czekać na przybycie tej odsłony do Europy.
A o to martwić się raczej nie musimy, bo Level-5 zrzuciło Yokaie na wszystkich frontach. Ten growy jest pierwszym i zapewne ostatnim, który eksploruję, bo anime czy przytulanki… no, nieważne. Gra video zupełnie mi wystarczy. Dostałem tytuł, który czerpie inspirację z klasyków gatunku, ale wiele rzeczy robi po swojemu. Lekka, odprężająca atmosfera, pół-automatyczny system walki, którego fanem niedawno zostałem (bo ile można klepać się w turach) i schemat, który sprawdza się niemal zawsze – zbieraj potwory i walcz z innymi potworami, żeby zebrać jeszcze więcej potworów. Nie, żebym celował w zapełnienie całego yokaiowego Medallium, bo to cholerne trudne zadanie. Po 30 godzinach rozgrywki mam jeszcze w planach spędzenie nieco czasu w odblokowanych po napisach końcowych miejscówkach oraz… oczekiwanie na rychłe przybycie do Europy kolejnych części serii. A czekam na nie równie mocno, co na listopadowe odsłony znacznie popularniejszej, choć nieco przejadającej mi się marki. Chociaż… kogo ja oszukuję. Ten koncept rozgrywki jest nieśmiertelny i miło, że ktoś inny poza GameFreakiem potrafił tak udanie go rozwinąć.

ja tam prawie 90h poświęciłem na przejście gry i jestem mega zadowolony
Ładnie ;o Ja muszę do piekiełka wrócić.
Yo-kai Watch raczej nie nazwałbym klonem Pokemonów. To gra z gatunku kolekcjonowania małych stworzeń. Warto dodać, że to dość obszerny gatunek. Paradoksalnie wiele gier z tego gatunku się ukazało (zasadnicza większość nie opuściła KKW, co wynika ze specyfiki tego rynku). Yo-kai Watch jest tylko jednym z przykładów lepszego zastosowania tej formuły. Transpozycja na grunt zachodni miała miejsce już wiele razy w przeszłości z lepszym bądź gorszym skutkiem (Medaboty, Digimony, Yu-gi-oh itd.). Ale za bardzo odbiegam od tematu, przepraszam.
Fajna recenzja. Ze sporym zdziwieniem przyjąłem do wiadomości brak multi-online. Trzeba będzie kiedyś kupić i zapoznać się bliżej. Jedyną rzeczą, która mi nieco przeszkadza jest „nieco” dziecinna oprawa graficzna.
Ja story ukończyłem w ok. 20 godzin, a bardzo bardzo dużo pobocznych rzeczy robiłem. Myślę, że gdyby skupić się tylko na fabule to grę można skończyć w ok. 14 godzin. Mój aktualny czas spędzony w grze wynosi 58 h i mam 162/240 yo-kai. Gra warta zakupu, tym bardziej, że po ostatnim Omega Ruby które skończyłem w 18 godzin nie miałem w grze w sumie nic do zrobienia… A w Yo-kai :-)) Najlepsze jest to, że po ukończeniu story wciąż jest bardzo bardzo dużo do zrobienia i wciąż odkrywa się jakieś nowości. Np. na samo złapanie Kiubiego poświęciłem ok. 6 godzin. Mimo, że poziom trudności jest bardzo niski, gra wciąż jest bardzo przyjemna 🙂